Część nie nie znikaj.
Napisała Chauve-Souris dnia środa, 28 stycznia 2009 o godzinie 16:52:38komentarze [3]Część nie kiedyś wrócę, więc nieporzucony. ma być.
Napisała Chauve-Souris dnia wtorek, 30 września 2008 o godzinie 11:46:56komentarze [0]Część 30 *
Lily wypadła z kominka, potykając się, jak zwykle, o krawędź paleniska. Udało jej się jakoś utrzymać równowagę i nawet pomóc Jimmy'emu, uczepionemu jej ręki. Rozejrzała się uważnie; byli w Dziurawym Kotle, pękającym od gości w szwach. Chyba nie było ani jednego wolnego stolika, ale to w zasadzie nic dziwnego, skoro zbliżał się czas świąteczny.
Lee z donośnym trzaskiem zmaterializowała się obok, razem z wózkiem, który opadł na ziemię z lekkim klekotem. Nauczycielka mruknęła coś pod nosem, czego Lily nie dosłyszała, pozdrowiła uprzejmie zalataną, zmęczoną barmankę i poprowadziła ich na zaplecze. Po kilkunastu sekundach przeszli na zalaną blaskiem zimowego słońca ulicę Pokątną. Wyglądało na to, że wszyscy angielscy czarodzieje wpadli na ten sam pomysł, co oni. Ulica była zatłoczona do granic możliwości. Wystawy sklepów błyszczały od ozdóbek, wielokolorowych świec, latających elfów i wystawionych na sprzedaż przedmiotów, a czarodzieje przechadzali się powoli przed witrynami, okutani w grube płaszcze, szaliki i czapki, bo mróz był ostry, mimo że tej zimy śnieg jeszcze nie padał.
Przez cały dzień Lee, Lily i Jimmy wędrowali po sklepach, nabywając prezenty i drobne, ale niezbędne sprawunki (Lily, na przykład, musiała kupić nowe pióra i kałamarz, a Jimowe rękawiczki były dziurawe, należało mu więc sprawić nowe). Zjedli obiad w restauracji "Pod Czerwonym Kaflem", która mieściła się w jednej z bocznych uliczek, a do domu Lee wrócili dopiero późnym popołudniem, obładowani pakunkami, zmarznięci, ale zadowoleni. Przez ten jeden cudowny dzień Lily zapomniała o troskach i po prostu cieszyła się jego atrakcjami. Kiedy znaleźli się w domu, nadal była w dobrym humorze i zgodziła się pograć z Jimmym w Wybuchającego Matołka, karcianą grę przeznaczoną dla najmłodszych, opartą na zasadach Eksplodującego Durnia. Potem dość długo czytali razem, Lily uczyła brata składać całe wyrazy, a nie sylabizować, jak to robił do tej pory. W końcu sześciolatek położył się spać, choć Lily do późna siedziała przy jego łóżku, bezmyślnie głaszcząc go po dłoni i wpatrując się w plamę światła nad jego głową - okno wychodziło na ulicę, a nieopodal stała latarnia. Myślała o tym, że tego dnia upływał dokładnie miesiąc od śmierci Hermiony Weasley. Że jej rodzice nie żyją od ponad czterech miesięcy. A potem pomyślała o tym, co powiedziała jej Lee: " Jeśli naprawdę chcesz wiedzieć więcej o tym, co działo się w życiu twego ojca, musisz być przygotowana na więcej śmierci." Przypomniała sobie swoich nieżyjących dziadków, których znała tylko z fotografii, Syriusza Blacka, o którym tata czasem wspominał z tęsknotą i żalem, dyrektora Dumbledore'a, którego nazywał najlepszym czarodziejem świata, Severusa Snape'a, o którym mówił: "najwierniejszy"... Poczuła łzy pod powiekami. Tylu ludzi straciło życie w tamtej wojnie. Kto mógł chcieć, by te czasy powróciły? Kim byli puryfikatorzy? Czy naprawdę wierzyli w swoje idee, czy to była tylko droga, sposób na osiągnięcie celu? A jeśli tak - co było tym celem?
Wstała i, najciszej jak mogła, przeszła do swojej sypialni. Zaczynała ją boleć głowa. Chciałaby wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi, co się dzieje teraz i co się wydarzyło
wtedy, a jednocześnie bała się tej wiedzy.
Następny dzień minął w spokojnej, przyjaznej atmosferze. Ani Lily, ani Jim nie zająknęli się nawet na temat rodziców ani Hermiony, a Lee poszła za ich przykładem. Rano grali trochę w planszową grę o przygodach Martina Miggsa, a potem Lee zabrała ich, na usilne prośby Jimmy'ego, na boisko Quidditcha dla dzieci, znajdujące się w mieszkalnej części Pokątnej. Jim wprosił się do drużyny chłopców starszych od niego o dobre cztery, pięć lat, podczas gdy Lily i Lee siedziały na mini-trybunach, przyglądając się grze. Z początku starsi zawodnicy kompletnie ignorowali Jima, w ogóle nie podając mu kafla, ale kiedy raz i drugi chłopiec złapał kafla, wydawałoby się, niemożliwego do złapania, a potem strzelił nim gola, wyciskając co się da ze swojej
Bryzy, łaskawie dopuścili go do gry.
Lee przyglądała się Jimowi z melancholijnym uśmiechem. Lily wiedziała, o czym myśli. James latał niezwykle dobrze, tak dobrze, jak jego ojciec... oraz, o czym Lily wiedziała tylko z opowieści, jak dziadek, po którym nosił imię. Pierwszą miotełkę,
Podmuszka, dostał na pierwsze urodziny, ledwo nauczył się chodzić, a już śmigał stopę nad ziemią po całym mieszkaniu, przyprawiając mamę o nerwicę i wprawiając tatę w euforię. Lily doskonale pamiętała to lato, pięć lat temu. Ostatnie lato przed pójściem do Hogwartu, jej niecierpliwe wyczekiwanie na list, radość, gdy wreszcie przyszedł... Pamiętała pierwsze kroki Jima, uczynione niedługo przed jego pierwszymi urodzinami, pamiętała pierwsze słowa ("nie chcę!", co do tej pory wywoływało u niej niekontrolowany chichot), wypowiedziane podczas bożonarodzeniowego obiadu w Norze, pamiętała swoje zdumienie, gdy po pół roku wróciła do domu i zastała krnąbrnego dwulatka, całkiem dobrze mówiącego, biegającego za nią wszędzie, a w przerwach pomiędzy proszeniem się o zabawę z siostrą a proszeniem się o zabawę z tatą, śmigającego na
Podmuszku po salonie. Za każdym razem było zresztą tak samo; wracała do domu co pół roku, na wakacje letnie i ferie zimowe, za każdym razem na nowo zaskoczona tempem rozwoju brata. Zmiany, które dla rodziców zdawały się niemal niezauważalne, dla niej, która Jima nie widywała na co dzień, były szokująco wyraźne. Dopiero w ostatnim roku James zaczął rosnąć trochę wolniej, ale może jej się tylko tak wydawało, bo widziała go dwukrotnie w czasie roku szkolnego?
Ze stadionu doleciał ku nim radosny okrzyk; drużyna Jimmy'ego wygrała mecz. Zarumienieni, zadowoleni z siebie chłopcy lądowali na ziemi, klepiąc Jamesa po plecach i głośno chwaląc jego umiejętności. Lily poczuła dumę, która szybko ustąpiła irytacji, bo Jim całe popołudnie emocjonował się tym meczem, pierwszym od wielu miesięcy (u Weasleyów nie miał z kim grać, Ginny była za mała, by stanowić dla niego dobre towarzystwo, a Charlotte Weasley mieszkała z rodzicami we Francji). Wciąż na nowo opowiadał ze szczegółami wszystkie swoje gole, uniki przed tłuczkami (które były zaczarowane tak, by nie zrobić dzieciom krzywdy) i przebieg meczu. Lily nie mogła się od niego uwolnić, aż w końcu udała, że boli ją głowa i chce się na chwilę położyć. Lee włączyła Jimmy'emu bajki, których był pozbawiony przez pół roku, jako że Weasleyowie nie mieli mugolskiej telewizji, a sama ułożyła się wygodnie na sofie z książką i czytała cały wieczór. Lily zaś w swojej sypialni pisała pamiętnik.
*
24 grudnia 2014 roku - piątek. Godzina 17.20.
To były dobre dni. Dwa dobre dni, słodko-gorzkie, jak piołun zmieszany z miodem. Przynajmniej Jimmy doskonale się bawił. Jest na tyle mały, że często zapomina o wszelkich troskach, nawet śmierć rodziców i ukochanej cioci (z jakichś powodów Hermiona strasznie go rozpieszczała) nie są w stanie przepłoszyć dziecięcej radości życia z jego serca. Mnie znacznie trudnej wymazać to z pamięci. Nawet gdy w danej chwili o tym nie myślę, mimowolnie czuję jakiś niepokój, jakby teraźniejszość była lekko zamglona przeszłością. Mimo to są momenty, w których smutek całkiem ulatuje i pozostaje czysty spokój i radość. Krótkie chwile, przebłyski, po których mam potem poczucie winy. Jak ja mogę się cieszyć, jak mogę się bawić, jak w ogóle mogę żyć, skoro ich już nie ma? Wiem, że to głupie, wiem, że oni nie chcieliby, żebym rezygnowała z normalnego życia, że pragnęli dla mnie i dla Jimmy'ego szczęścia, ale nie mogę się pozbyć wyrzutów sumienia za każdą krótką chwilę radości. Tym bardziej, że za dojmującym smutkiem, spowodowanym tą piekącą gdzieś głęboko w sercu nieobecnością, nieodmiennie idzie strach. Kto będzie następny? Co się jeszcze wydarzy? Czy moja rodzina i przyjaciele są bezpieczni? Kiedy to się skończy? Gazety biją na alarm; coraz więcej ludzi, czarodziejów i mugoli, znika. Czasem odnajdują później ich ciała, zmasakrowane, torturowane... Nazywają się "Armią Wyzwolicieli Krwi", ale mordują też czystokrwistych. Moich rodziców, Thomasów, Patila, Dołohowa, Avery'ego, braci Yaxleyów i nawet młodą Carrow. Ci ostatni to potomkowie śmierciożerców. Pamiętam podsłuchaną rozmowę między Lupinem i Lee. Profesor wymieniła Dołohowa i Avery'ego, mówiąc, że to sieroty po śmierciożercach, więc czemu mieliby to robić właśnie oni, śmierciożercy? Co chcą przez to osiągnąć? A jeśli to nie śmierciożercy - to kto? Czy naprawdę pragną oczyszczenia krwi? Czy to tylko środek do osiągnięcia jakiegoś innego celu - ale co jest tym celem? Władza? Potęga? Nie wiem.
Jestem tylko piętnastolatką pozbawioną rodziców. Mój ojciec mógłby ich zniszczyć. Dlatego nie mógł żyć.
Jest jeszcze drugi powód, powód, dla którego po moim ojcu zginąć też musiała Hermiona. Oni nie chcą silnej władzy, a teraz nie ma kto nas poprowadzić. Mówię "nas" w rozumieniu społeczności czarodziejów. Ron nie chciał być Ministrem, Draco Malfoy odmówił, Percy też, podobnie jak pani Prewett, mama Cassii (która jest spokrewniona z Weasleyami, o czym dowiedziałam się niedawno). Susan Weasley jest przekreślona, bo pracownicy Departamentu Tajemnic nie mogą obejmować takich stanowisk. Jest jeszcze Penelopa, ale w Ministerstwie nie lubią dawać ważnych stanowisk rodzinie, a przecież Percy już jest Rzecznikiem. Kto więc zostanie nowym Ministrem? Nie wiem, ale boję się, że puryfikatorzy już osiągnęli swój cel.
Chyba, że uda mi się przekonać któregoś z Weasleyów, jutro, podczas obiadu bożonarodzeniowego. Jedyna okazja, jedyna szansa.
Boję się tego obiadu. Wszyscy tam będą, jak co roku. Jak co roku zbiorą się wszyscy Weasleyowie, Lupinowie, Longbottomowie i my, Potterowie. Jak co roku spełnimy toast za nieobecnych. W tym roku będzie ich więcej. Trzeba będzie rozcieńczyć wino wodą.
Pamiętam Boże Narodzenie 2012, niedługo po śmierci mamy Syriusza. Ciche święta, bardzo ciche święta, bez Celestyny Warbeck, bez głośnych śpiewów i picia do dna. Za to święta pełne miłości i tęsknoty, ciepła, przyjaźni, zrozumienia, pocieszenia. Pamiętam jak dziś poważną twarz taty i to, jak mama opierała się na jego ramieniu, szukając oparcia. Chyba wtedy po raz pierwszy naprawdę zrozumiałam, że wszyscy zawsze szukają u taty oparcia, siły, odwagi, których im samym brak. Nawet ja. Wylewałam swoje smutki przed mamą, ale to tata dawał mi siłę do działania. Zawsze tak było.
Brak mi ich. Już nie czuję tej rozrywającej piersi rozpaczy, nie pozwalam sobie na nią. Jestem silna. Jestem silna. Jestem silna!
Ale mi ich brak. I tego nic ani nikt nie zmieni, dopóki także i mój czas się nie dopełni. Wtedy spotkamy się przed drzwiami do Nieba, bo wiem, że będą czekali. Będą na mnie czekali.
*
Lily obudziła się przed świtem i choć jeszcze długo próbowała, nie potrafiła ponownie zasnąć. Dręczył ją niepokój, boleśniej też, niż zwykle, odczuwała wszystkie zmiany, jakie zaszły w ciągu ostatniego półrocza w jej życiu. W dzień Bożego Narodzenia zwykle przychodził budzić ją tata, wyciągał ją z łóżka na siłę, czekał, aż się ubierze i zabierał ją w jakieś ciekawe, choć niekoniecznie miłe miejsce. Ją samą tylko, bez mamy i Jimmy'ego. Lily wiedziała, że w tym czasie mama zajmowała się Jimem, że zabierała go do lunaparku albo do zoo. Nie pamiętała, kiedy rozpoczęła się ta tradycja, ale musiało się to zacząć na długo przed narodzinami brata.
Tata pokazywał jej różne miejsca i poznawał z ludźmi. Raz zabrał ją do British Museum, przeszli je wzdłuż i wszerz, aż w końcu dotarli do niewidzialnej dla mugoli, magicznej części. Innym razem teleportowali się do Laponii, by mogła zobaczyć najprawdziwszego Mikołaja. Zeszłego roku oprowadził ją po Ministerstwie, weszli nawet (choć tata przykazał jej nikomu, absolutnie nikomu o tym nie wspominać) do Departamentu Tajemnic; ojciec pokazał jej łuk z zasłoną, gdzie umarł Syriusz, zmieniacze czasu, mózgi z lepkimi mackami myśli, wiecznie zakurzoną Salę Przepowiedni, a nawet pomieszczenie, wypełnione kosmosem. Przy pewnych zamkniętych drzwiach natknęli się na Susan Weasley, która mrugnęła do Lily i przyłożyła palec do ust. Tata nie wyjaśnił, co jest za tymi drzwiami, a Lily nie odważyła się spytać.
Tego roku ojciec nigdzie jej już nie zabierze. Jimmy także zostanie w domu, bo mama nie weźmie go gdzieś, gdzie mógłby się pobawić...
Nie!
Lily odrzuciła kołdrę i zdecydowanym ruchem podniosła się z łóżka. W ciągu piętnastu minut była gotowa, wyszła ze swojego pokoju i zajrzała do salonu. Ku jej zaskoczeniu, Lee nie spała, leżała na sofie i czytała książkę. Podniosła głowę, zaalarmowana podzwanianiem koralików, gdy dziewczyna weszła.
- Dzień dobry. Wesołych świąt! - odezwała się ciepło, odkładając książkę na stoliczek i podnosząc się do pozycji siedzącej. - Nie sądziłam, że z ciebie taki ranny ptaszek.
Lily skinęła głową, podchodząc bliżej. Była ubrana po mugolsku, co Lee, wnosząc z uniesionych brwi, od razu zauważyła.
- Czy mogę mieć do pani prośbę, pani profesor? - zapytała dziewczyna, odrobinę niepewnie.
- Nie, dopóki nie przypomnisz sobie, jak mam na imię - zażartowała Lee.
- Och... w porządku. Czy mogę mieć do ciebie prośbę, Amy? - Wypowiedzenie tych słów sporo ją kosztowało. NAPRAWDĘ dziwnie było zwracać się po imieniu do nauczycielki.
- Oczywiście, słucham.
- Kiedy... - Lily się zawahała. -
Przedtem mieliśmy taką tradycję w rodzinie... Mama zabierała gdzieś Jima, żeby się pobawił przed południem, a mnie tata, by mi pokazać różne rzeczy... I... więc ja... chciałabym zabrać Jima do parku zabaw... może do Świata Przygód w Chessington
1. Żeby... żeby... nie zapomnieć...
Głos jej się załamał.
- Oczywiście, Lily - powiedziała Lee z miłym uśmiechem. - Jeśli tego właśnie chcesz, nie ma żadnego problemu. Obudź brata.
*
Park był otwarty, choć nie tak zatłoczony, jak w inne dni. Niskie temperatury, nawet pomimo braku śniegu, odstraszyły większość tych, którzy byli gotowi zrezygnować z możliwości poleniuchowania do południa, by potem zabrać się do przygotowań do bożonarodzeniowego obiadu. Jim był zachwycony atrakcjami parku. Lily, patrząc na niego i widząc jego radość, słysząc głośny śmiech, czuła lekkość w sercu. Wiedziała, że tego popołudnia czekają ich oboje ciężkie chwile, postanowiła jednak na razie o tym nie myśleć i tak jak Jim, cieszyć się chwilą. Razem z bratem "zaliczyli" większość mniejszych roller-coasterów (na te większe Jima nie wpuścili, był za mały), zjedli po cukrowej wacie i ogromnej porcji lodów (zdumionej kelnerce w restauracji wyjaśnili, że o wiele niebezpieczniej jest jeść lody latem, ze względu na różnicę temperatur), zdobyli pluszowego tygrysa i plastikowy miecz rodem z Gwiezdnych Wojen (Lily strzelała z wiatrówki do ruszających się kaczuszek, a Jim rzucał piłeczkami w maleńkie obręcze) i z entuzjazmem bliskim euforii powitali pierwsze tej zimy płatki śniegu. Koło drugiej po południu wrócili do domu Lee (która im w wyprawie towarzyszyła, odmawiając jednak udziału w większości zabaw, przyglądając im się jedynie z prawdziwym, szczerym uśmiechem, nienaznaczonym melancholią), przebrali się szybko w wyjściowe szaty i przez kominek fiuknęli się do Nory. Rodzina Weasleyów powitała ich wylewnie i zaprosiła do magicznie powiększonej jadalni (w tej zwykłej, codziennej, w życiu by się nie pomieścili). Poza nimi byli już wszyscy i kiedy usiedli, pani Weasley, wspomagana przez synowe, podała obiad. Jak zwykle, co Lily stwierdziła z przyjemnością, wspięła się na wyżyny swego kunsztu kulinarnego. Przy stole toczyły się spokojne, ciche rozmowy, ich łagodny szum otaczał Lily i sprawiał, że czuła się dobrze. Nikt nie wspominał o wydarzeniach ostatnich miesięcy, rozmawiano o szkole, pracy, wspominano stare, dobre czasy - każdy jednak, jak mógł, unikał tematów wojny, śmierci, straty. Na to, Lily była tego pewna, przyjdzie jeszcze czas.
Pani Weasley słuchała uważnie Penelopy i Percy'ego, którzy opowiadali (po raz n-ty) o zaręczynach Amandy z Wilbertem Sykesem. Sama Amanda rozmawiała z Fleur o różnicach pomiędzy aurorami brytyjskimi a francuskimi, Bill przekomarzał się z Charlotte, wmawiając jej, że pośle ją do Beauxbatons, na co siedmiolatka protestowała żywiołowo, wspierana przez brata. Charlie opowiadał Caspianowi i Jimmy'emu o życiu smokera w Rumunii, które wiódł, zanim, na prośbę Ministra, nie powrócił do kraju i nie objął urzędu szefa Biura Badania i Powstrzymywania Smoków, a potem stanowiska nauczyciela w Hogwarcie. Susan i Hanna Longbottom wspominały swoje pierwsze miłosne przygody, Patricia i Nelly Longbottom słuchały tego z wypiekami na twarzach. Patrick i George zaśmiewali się z dowcipów Freda (głównie związanych z Magicznymi Dowcipami Weasleyów, a także wyczynów braci bliźniaków jeszcze w Hogwarcie), Neville, Remus, Ron i Lee rozmawiali cicho, wspominając Trzeci Zakon (Lily nie wiedziała, o co im chodzi), Alicja z dobrotliwym uśmiechem niańczyła malutką Ginny, a Syriusz i Lily słuchali tego wszystkiego, uśmiechając się do siebie czasem porozumiewawczo.
Pod koniec obiadu Lily prawie zapomniała o wszystkich troskach i tęsknocie. Czasem tylko, gdy jej wzrok padał na puste nakrycie w drugim końcu stołu, czuła drgnięcie serca. Brakowało tych dwóch najukochańszych, najwspanialszych głosów... i już zawsze będzie ich brakowało.
- Ron - odezwała się wreszcie, wiedząc, że więcej okazji nie będzie. Mówiła cicho, ale Ron usłyszał ją od razu i spojrzał na nią z uśmiechem, w którym odkryła tę samą melancholię i smutek, tak często obecne na twarzy Lee. Troje jej obecnych nauczycieli także skupiło na niej uwagę.
- Ron - powtórzyła. - Powinieneś przyjąć stanowisko.
Ron od razu wiedział, o co jej chodzi. Potrząsnął głową.
- Nie mogę - powiedział. - Już podjąłem decyzję.
- Decyzję zawsze można zmienić. - Lily uśmiechnęła się lekko. - Wiem, że to dla ciebie będzie trudne. Nie, proszę - powiedziała, widząc, że chce jej przerwać. - Daj mi powiedzieć. - Odczekała, aż Komendant Główny Kwatery Aurorów skinie głową i mówiła dalej: - Wiem, że to będzie trudne. Wiem, jak będziesz się czuł na stanowisku, które zajmował wcześniej mój tata i twoja żona. Ale... jeśli ty nie staniesz na czele, kto to zrobi? - Rozejrzała się po ludziach przy stole, jakby oczekiwała wskazania któregoś z nich. - Niewiele wiem o tym, co działo się podczas Drugiej Wojny. Myślę jednak, że w trudnych czasach ludzie potrzebują silnych przywódców. Oni... nie, my - potrzebujemy twojej odwagi i twojej siły, by móc się na tobie oprzeć. - Spojrzała na puste nakrycie. - Po śmierci pani Tonks zdałam sobie sprawę, że to właśnie robił cały nasz świat. Opierał się na moim tacie. Wszyscy się na nim opieraliśmy. Ministerstwo, całe społeczeństwo, a nade wszystko - my. Mama i ja, i Jimmy. Ja wiem, jak trudno jest dalej żyć, gdy straciło się kogoś ukochanego. - Lily spojrzała głęboko w oczy Rona. Nie wiedziała, czy to jej samej łzy przesłaniają wzrok, czy to Ron jest bliski płaczu. - Ale nie możemy przestać walczyć. Przecież oni całe swe życie poświęcili tej walce. - Przeklinając własną słabość, poczuła, jak pierwsza łza spływa jej po policzku. Teraz słuchali jej już nie tylko Ron i nauczyciele, ale prawie wszyscy obecni. - Umarli, byśmy my mogli żyć i podjąć tę walkę za nich. Nie wolno nam rezygnować, pomimo całej rozpaczy i smutku, i niechęci do życia. Być może, że życie nie ma sensu. Może ta walka jest beznadziejna. Ale oni w tę walkę wierzyli. Przez pamięć na nich i na ich miłość, nam nie wolno zaprzestać walczyć.
Lily zamilkła, niezdolna powiedzieć już ani słowa. Poczuła czyjąś dłoń na ramieniu; to Syriusz dotykiem oferował jej wsparcie i pocieszenie.
- Lily ma rację - powiedział poważnie w całkowitej ciszy, jaka nastała teraz przy stole. Nawet mała Ginny przestała się wiercić i przeszkadzać, zadziwiona milczeniem dorosłych. - Nam nie wolno zaprzepaścić owoców trudu, na jaki zdobyli się ci, których już z nami nie ma. - Mimowolnie wszyscy zerknęli na puste nakrycie. - Bo to tak, jakby przyjacielowi szeptać zapewnienia o przyjaźni, a odwrócić się w chwili największej potrzeby.
Weasleyowie, Longbottowie i Lupinowie wbili wzrok w Rona. Rozejrzał się bezradnie na wszystkie strony.
- Ale ja się nie nadaję! Harry i... i Hermiona to co innego, oni byli urodzonymi przywódcami, ale ja...
- Ron - przerwała mu cicho Lee, tak cicho, że Lily ledwo to usłyszała. - Przypomnij sobie wydarzenia roku dziewięćdziesiątego siódmego i dziewięćdziesiątego ósmego. Pamiętasz? A teraz przypomnij sobie, co
mi powiedziałeś w lipcu tego roku, kiedy wahałam się nad decyzją.
Przez chwilę Ron i Lee, zdawałoby się, komunikowali się wyłącznie wzrokiem, a potem auror zwiesił głowę.
- Przemyślę to jeszcze - powiedział tylko.
Długą chwilę trwało, zanim szum dookoła wrócił do poprzedniego natężenia.
*
Obiad zakończył się, stół zniknął, krzesła transmutowano w sofy i wygodne fotele. Z odtwarzacza płynęły łagodne dźwięki kolęd i piosenek świątecznych. Tego roku pani Weasley również zrezygnowała z ukochanej Celestyny Warbeck. Rozmowy dalej się toczyły w przyjaznej atmosferze, ale były bardzo ciche i rzadko słyszało się czyjś śmiech. Tylko najmłodsze dzieci - w tym wypadku Ginny, Jim i Charlotte - bawiły się wesoło na dywaniku, tarmosząc Czarkę, kuguchara Weasleyów, dokazując na dziecinnej miotełce Ginny (choć sama dwulatka nie miała takiego zapału do latania, jak na przykład Jimmy albo Caspian) i usiłując układać wieże z kart do Wybuchającego Matołka. Charlotte trochę śmiała się z Jimmy'ego, kiedy przyznał, że jeszcze nie wie, co dostał na Boże Narodzenie, bo nie miał kiedy otworzyć prezentów - jak co roku - ale wkrótce przypomniała sobie, że to taka tradycja u Potterów.
Była już prawie dziewiąta, kiedy wreszcie podniósł się pan Weasley, złapał kieliszek z winem i uniósł go do góry. Trwało sekundy, by wszyscy to zauważyli. Ku sufitowi powędrowały inne kieliszki.
- Wznoszę toast - powiedział bardzo poważnym głosem pan Weasley - za tych, którzy powinni być z nami. Za nieobecnych. Za tych, którzy odeszli.
- I których nam zabrano - dodała Lee, powtarzając słowa, które Lily już raz słyszała, podczas jej rozmowy z Lupinem, nocą.
- Za Fabiana i Gideona Prewettów - powiedziała pani Weasley, wywołując falę toastów.
- Za Biliusa i Perseusza Weasleyów - powiedział pan Weasley.
- Za Jamesa i Lily Potterów - powiedział Remus.
- Za Alicję i Franka Longbottomów - powiedział Neville.
- Za Syriusza Blacka - powiedział Bill.
- Za Albusa Dumbledore'a - powiedziała Lee.
- Za Ginny Weasley - powiedział Ron.
- Za George'a Weasleya - powiedział Fred.
- Za Severusa Snape'a - powiedziała Lee.
- Za Seamusa Finnigana - powiedziała Hanna.
- Za Alastora Moody'ego - powiedział pan Weasley.
- Za Regulusa Blacka - powiedział Ron.
- Za Amelię Bones - powiedziała Susan.
- Za Emelinę Vance - powiedział Bill.
- Za Dedalusa Diggle'a - powiedział Fred.
- Za Cedryka Digorry'ego - powiedziała Hanna.
- Za Justina Finch-Fletcheya - powiedziała Susan.
- Za Dafne Greengrass - powiedział Charlie.
- Za Teodora Notta - powiedziała Penelopa.
- Za Sally Annę Perks - powiedziała Angelina.
- Za Andromedę i Teda Tonksów - powiedział Remus.
- Za Katie Bell - powiedziała Angelina.
- Za Wiktora Kruma - powiedziała Fleur.
- Za Padmę Patil i Lavender Brown - powiedziała Susan.
- Za Cho Chang i braci Creeveyów - powiedział Percy.
- Za Kingsleya Shacklebolta - powiedział Charlie.
- Za Nimfadorę Tonks - powiedział Syriusz.
- Za Deana i Parvati oraz Sybillę Thomas - powiedział Ron.
- Za Harry'ego i Raylę Potterów - powiedziała Lily.
- Za Hermionę Weasley - powiedział Caspian.
I wypili, choć nie była to nawet piąta część tych, którzy odeszli z powodu Voldemorta. Jedynie ci najbliżsi, najbardziej zasłużeniu w walce i najbardziej kochani.
1 Chessington World of Adventures jest parkiem tematycznym w okolicy Londynu.
----------------------
Melancholijnie. A będzie jeszcze bardziej w najbliższym czasie, bo zbliżamy się do momentu, w którym Lily dowie się, co się działo podczas Drugiej Wojny Śmierciożerczej.
Amusez-vous bien. I komentujcie!
Napisała Chauve-Souris dnia czwartek, 12 czerwca 2008 o godzinie 23:28:55komentarze [2]Część 29 *
Peron numer Dziewięć i Trzy Czwarte był jakby bardziej zatłoczony, niż zwykle. Nie tylko większa liczba uczniów jechała na święta do domów. Także rodzice przybyli liczniej. Lily to rozumiała; lepiej być pewnym, że latorośli nic się w drodze do domu nie stanie. A bezpieczeństwo łatwiej zapewnić w kilka osób.
Lily postawiła walizkę na ziemi (nie brała z Hogwartu całego kufra, tylko kilka najpotrzebniejszych rzeczy) i rozejrzała się. W szale powitań stęsknionych rodzin trudno było dostrzec kogoś konkretnego. Nelly Longbottom przytulała się do ojca, chociaż widziała go zaledwie dziś rano. Lily jej pomachała, mała Puchonka uśmiechnęła się do niej. Profesor Lupin i Syriusz pożegnali się z nią już chwilę temu, podobnie jak Rafael i jego rodzice, których jej przedstawił. Państwo Blood byli mugolami, a Lily miła wrażenie, że gdzieś ich już widziała, nie mogła sobie jednak przypomnieć, gdzie. Nie zdążyła się nad tym zastanowić, bo stanęła obok niej Cassia, ciągnąc za sobą Ofelię, swoją siostrę, która była w wieku Lily.
- Cześć - mruknęła jej rówieśniczka.
- Cześć - odpowiedziała Lily. - Do zobaczenia, Krukonko.
- Do zobaczenia, Gryfonko - odpowiedziała Cassia, uśmiechnęła się najpiękniejszym ze swoich uśmiechów i odeszła do rodziców, z drepczącą po piętach Ofelią.
- Lilkaaaaa! - Z szumu rozmów dookoła wyrwał się pisk. Lily obróciła się i zobaczyła Jimmy’ego, przedzierającego się do niej przez tłum. Jego sylwetka wydawała się absurdalnie mała nawet w porównaniu z pierwszoklasistami. Lily kucnęła, otwierając ramiona, by zaraz otulić nimi brata.
- Jimmy - szepnęła. - Witaj, smarkatku.
- Lilka, jak dobrze cię widzieć! - powiedział chłopiec cicho. Lily pomyślała, że powinien krzyknąć i roześmiać się. To nie było w porządku, żeby sześcioletni chłopiec zachowywał się tak... spokojnie. Tak dojrzale. - Chodź, Lil, tam są wujek i ciocia.
- Idę, smarkatku.
Wstała, wyplątując się z ramion Jima, podniosła walizkę i zanurkowała w tłum za bratem. Weasleyowie stali w zbitej grupie przy końcu peronu. Kiedy Lily podeszła, przywitali ją serdecznie. Pani Weasley przytuliła ją do serca.
- Wszystko w porządku, kochanie? - zapytała z niepokojem w głosie. - Jeśli chcesz, możesz spędzić te święta z nami, to...
- Dziękuję, pani Weasley - przerwała jej delikatnie Lily. - Będziemy na bożonarodzeniowym obiedzie, na pewno. Ale... chciałabym spędzić te święta z profesor Lee. Była... przyjaciółką mojego taty.
- Tak, myślę, że nadszedł czas, by wyjaśnić ci parę rzeczy - mruknęła pani Weasley. - Zrobiłby to twój ojciec, ale jeśli go nie ma, to Amelia zrobi to najlepiej...
- Dlaczego pani tak uważa?
Pani Weasley nie odpowiedziała. Podszedł Ron. Spojrzenie mu w oczy kosztowało Lily wiele wysiłku.
- Lily, chcę ci podziękować - powiedział cicho, kładąc dłoń na jej ramieniu. - Caspian mi mówił, że z nim rozmawiałaś... dziękuję, że pomogłaś mu przez to przejść. Nie wiesz nawet, ile to dla nas... dla mnie znaczy.
Lily przełknęła ślinę.
- Mylisz się - powiedziała. Resztki odwagi wyciekały z niej jak eliksir z dziurawego kociołka. - Mylisz się, mówiąc: dla ciebie.
Ron uniósł brwi.
- Ja... - zawahała się. - Mam na myśli... Hermiona umarła, ale nie odeszła. Ci, których kochamy, zostają z nami na zawsze. Żyją w naszych sercach.
Mężczyzna milczał.
- Uwierz mi. - W głosie Lily zabrzmiała nuta desperacji. - Ja to wiem. Wiem na pewno. Ty też powinieneś.
Ron bardzo powoli skinął głową.
- Szkoda - powiedział prawie szeptem. - Szkoda, że musiałaś dorosnąć tak szybko. Nie tego chcieliśmy dla naszych dzieci, kiedy walczyliśmy na wojnie.
- Walka nigdy się nie kończy - mruknęła Lily, choć sama nie do końca wiedziała, co właściwie ma na myśli.
Przez chwilę Ron przyglądał jej się bardzo uważnie. Nic już nie powiedział, ale nie musiał, Lily wiedziała, co chce jej tym milczeniem przekazać.
- Dzień dobry. - Zza jej pleców dobiegł głos profesor Lee.
Ron oderwał wzrok od twarzy Lily, podszedł do kobiety na wózku i uściskał ją krótko.
- Dziękuję, Amy - powiedział. - Wiesz za co.
- Wiem. - Skinęła głową. - Opiekuj się rodziną. Zobaczymy się w pierwszy dzień świąt.
- Do zobaczenia.
Ron odszedł w stronę grupy Weasleyów. Powiedział coś i wszyscy się odwrócili i pomachali. Lily odmachała. Potem złapała Jimmy’ego za rękę i spojrzała na Lee.
- Jesteśmy gotowi, pani profesor.
Kobieta uniosła brew.
- Skoro mamy razem spędzić święta, nie powinnaś zwracać się do mnie tak oficjalnie. Mam na imię Amy.
Lily westchnęła z serca. Zwracanie się do młodszych Weasleyów po imieniu było trudne, ale zwracanie się tak do nauczycielki zdawało się niemożliwością.
- Dobrze, pani... Amy - poprawiła się, widząc wzrok Lee. - Jak się dostaniemy... tam, gdzie się udajemy? - zapytała. Zdała sobie sprawę, że właściwie nie wie, gdzie mieszka Lee.
- Mugolską taksówką - odpowiedziała Lee z lekkim rozbawieniem. - Mieszkam w Londynie, niedaleko Hyde Parku.
- Aha.
Przeszli przez magiczne wrota na peron numer dziewięć i wyszli z dworca. Nieopodal był postój czarnych, londyńskich taksówek. Wsiedli do jednej z nich (walizkę Lily i wózek Lee mrukliwy kierowca wsadził do bagażnika) i ruszyli. Nie jechali długo.
Zatrzymali się pod niewysoką, niedawno odnowioną kamieniczką. Milczący kierowca pomógł Lee wysiąść, przyjął suty napiwek i odjechał niemal natychmiast.
Mieszkanie Lee znajdowało się na parterze. Lee otworzyła je zwykłym kluczem, ale Lily zauważyła, że przekręcając go w zamku, kobieta mruczała cicho. Weszli. Lee zamknęła za nimi drzwi, znów szepcząc jakieś zaklęcia. Lily postawiła walizkę i rozejrzała się.
- Witajcie na Wilton Row numer siedem - powiedziała nauczycielka. W jej głosie brzmiało rozbawienie, ale Lily nie mogła rozszyfrować, co było jego powodem. - Wejdźcie, rozgośćcie się.
Lily postąpiła kilka kroków, z Jamesem wciąż uczepionym jej ręki. Oboje powoli przemierzali zadziwiająco duże, jak na mugolską kamieniczkę, mieszkanie, rozglądając się i dziwiąc coraz to nowym cudom.
Trzy duże sypialnie, niemały gabinet, ogromny salon, maleńka kuchnia, pralnia pokaźnych rozmiarów i wielka łazienka były urządzone w sposób całkowicie zapierający dech w piersiach, przynajmniej jeśli chodziło o piersi Lily Boyd. Dom Potterów był znacznie większy, ale urządzony z prostotą. Jedyne podobieństwo stanowiło przenikanie się dwóch światów. Obok ogromnego telewizora plazmowego na ścianie w salonie wisiał magiczny, ruszający się obraz, na kanapie puszył się kot, niewątpliwie mający wśród przodków kuguchara, w klatce w kuchni drzemała sowa, obok miksera na półce stał cynowy kociołek, w pralni w koszu na ubrania kłębiły się szaty, w gabinecie piętrzyła się na regale niewiarygodna ilość książek, zarówno mugolskich, jak i czarodziejskich, na biurku stał laptop i lampka, ale pod sufitem unosiło się kilkanaście świec, a to wszystko okraszone zostało niezmierzoną liczbą różnokolorowych lampek, świeczek, obrazków, zdjęć, ramek, lusterek, figurek, poduszek, albumów, książek, płyt, roślinek, kotar z koraliczków, plakatów, zegarków i całą masą innych bibelotów. Jednocześnie nie sprawiało to wcale wrażenia przeładowania ozdobami, lecz tworzyło przytulną, przyjazna atmosferę, podobną do tej, jaką czuło się w Norze, a jednak w subtelny sposób różną. Lily instynktownie zrozumiała, że ten, kto tu mieszka, jest osobą niebanalną, inteligentną i przyjaźnie nastawioną.
I, w paradoksalny sposób, że jest samotny.
- Jak wam się podoba? - zapytała Lee z uśmiechem, kiedy Lily i Jimmy wrócili do przedpokoju.
- Jest... jest... - Lily dłuższą chwilę szukała odpowiedniego słowa, ale ubiegł ją Jim.
- Fantastycznie! - orzekł z miną znawcy.
- Tak - zgodziła się Lily. - Jest fantastycznie. Ma pani przepiękny dom. Nie widziałam jeszcze tylu tak ślicznych przedmiotów w jednym miejscu... w ogóle nie widziałam!
- Dziękuję. - Lee skłoniła głowę. - Mam na imię Amy, pamiętasz? Cieszę się, że podoba wam się moje mieszkanie. To owoc wieloletnich podróży i efekt mojej pasji zbieracza.
- Mieszka pani tu sama? - zapytał Jim.
- Tak, Jim - potwierdziła. - Mieszkam sama. Ale nie jestem żadną panią. Mam na imię Amy.
Jimmy zastanowił się chwilę.
- Dobrze, ciociu Amy!
Lee uśmiechnęła się. Lily pomyślała, że jest to chyba pierwszy szczery, radosny uśmiech na jej twarzy, jaki widziała.
*
Lily i Jim otrzymali na te kilkanaście dni osobne sypialnie, vis a vis gabinetu. Pokój Lily urządzony był w ciemnych barwach, dominował granat, grafit i ciepły brąz, natomiast pokój Jimmy’ego był w radosnych żółciach, ozdobionych odrobiną zieleni i pomarańczu. Trzecia sypialnia, w której spała Lee, była w różnych odcieniach zieleni z odrobiną złota i jasnego brązu. Salon urządzono na czerwono i srebrno, choć było tu też trochę ciemnego fioletu i beżu, gabinet zaś w kontrastach czarno-białych, a kuchnię w błękitach i oranżach. Przedpokój stanowił przemieszanie wszystkich niemalże barw. Wszystkie bibeloty i sprzęty harmonizowały ze sobą kolorystycznie. W przejściach zamiast drzwi wisiały kotary z tęczowych koralików, zaczarowane tak, by nie przepuszczały dźwięków, ale dzwoniły lekko przy poruszeniu, ostrzegając o wejściu kogoś do pokoju.
Kiedy już rozpakowała swoją i Jimmy’ego walizkę (którą Lee przetransportowała z Nory wcześniej), Lily usiadła na skraju łóżka w sypialni brata i westchnęła, patrząc, jak chłopiec z powagą rozkłada na półkach swoje samoczytające książeczki, dziecinną miotełkę, kredki i farbki, sprawiające, że narysowane postacie się poruszały, lewitujące klocki i tulącego się do dzieci pluszaka.
- Pograsz ze mną w Quidditcha dzisiaj, Lilkuś? - zapytał Jimmy, skończywszy układanie. Podszedł do niej i spojrzał z nadzieją w jej twarz. Zmusiła się do uśmiechu, wyciągnęła dłoń i pogłaskała go po skroni, jak to często robiła mama.
- Wiesz, że nie umiem - odpowiedziała. - No i jesteśmy w centrum Londynu, nie sądzę, by gdzieś tu się znalazło odpowiednio dużo osłoniętego od mugoli miejsca. Poza tym dziś już trochę za późno na zabawę, smarkatku. Zjemy kolację i położymy się spać, ale poczytam ci na dobranoc, chcesz?
- Chcę! - odparł chłopiec. Westchnął, złapał dłoń Lily i przytulił do niej twarz. - Dobrze, że tu jesteś ze mną, Lilka. Tęskniłem za tobą. I ja...
- Tak, Jimmy?
Spuścił wzrok.
- Tęsknię za mamą i tatą.
Lily westchnęła. Pochyliła się, złapała go pod ramiona i posadziła sobie na kolanach. Jimmy oplótł ja ramionami i przytulił się mocno.
- Ja też za nimi tęsknię, kochanie - powiedziała cicho. - Bardzo a bardzo. Chciałabym znów móc z nimi porozmawiać, pośmiać się, pożalić... - urwała. Nie chciała wylewać bratu swoich żali, chciała go pocieszyć.
- Ja nie wiedziałem, że umrzeć to znaczy odejść na zawsze - szepnął. Lily zamknęła oczy. Kiedy to dziecko przestało być dzieckiem?
- Oni nie odeszli, kochanie - powiedziała, powstrzymując łzy. - Umarli, ale pozostają z nami, w naszych sercach i w naszej pamięci. Nie możemy już z nimi porozmawiać, ale oni są przy nas i wspierają nas... Zawsze.
Przez chwilę oboje milczeli.
- Lilka? - odezwał się w końcu Jim. - Dlaczego nasi rodzice... to znaczy... w Hogwarcie są duchy, prawda...?
- Tak, Jimmy, ale nasi rodzice nie zostali duchami - odparła Lily. - Oni... poszli dalej. To... ja nie wiem, jak ci to wytłumaczyć - powiedziała z nutą desperacji w głosie. - Sama tego nie rozumiem. Oni chyba byli zbyt odważni... zbyt mądrzy... by pozostać na zawsze w takim pół-życiu.
- Woleli zostawić nas samych?
- Nie, kochanie. Nie zostawili nas samych. Są przy nas, nawet teraz, są tutaj, w twoim sercu i w moim. Są w twojej skórze i w twoich oczach, i w twojej krwi, i w twoich zdolnościach. Opiekują się tobą stamtąd, dokąd odeszli. Z nieba.
- I tobą też?
- Tak, Jimmy, mną też się opiekują. - Lily pocałowała chłopca w czubek głowy. - I ja też się tobą opiekuję. Zawsze będę przy tobie.
- I ja przy tobie też, Lilkuś. - Jimmy pociągnął nosem. - Nie chcę, żebyś wyjeżdżała do szkoły...
- Nie myśl o tym teraz, kochanie. Na razie jesteśmy razem, tu i teraz; cieszmy się tym.
Jeszcze długą chwilę trwali w uścisku, milcząc, dając sobie nawzajem otuchę i siłę do przezwyciężania wszelkich przeciwności, dopóki nie zadzwoniły koraliki i w przejściu nie ukazała się Lee na swoim wózku.
- Wszystko w porządku? - zapytała z niepokojem na ten widok.
Lily podniosła na nią wzrok. W oczach już nie miała łez i nawet zdołała się uśmiechnąć.
- Tak, pani profesor - odpowiedziała.
- Jestem Amy, pamiętasz? - powtórzyła po raz któryś z kolei Lee. - Jeśli jesteście gotowi to podaję kolację w salonie.
- Zaraz przyjdziemy - obiecała Lily. Lee odjechała, szumiąc cicho kółkami wózka, a Lily i Jim wstali. Chłopiec miał twarzyczkę opuchniętą od płaczu.
- Chodź do łazienki, smarkatku, umyjemy buzię i rączki.
Jimmy rozchmurzył się trochę podczas ceremonii mycia, gdy Lily odegrała przed nim pantomimę gubienia śliskiego mydła, a potem spryskała wodą (oczywiście Jimmy nie został jej dłużny, więc potem musiała szybko ich wysuszyć zaklęciem), toteż do salonu weszli już w znacznie lepszych humorach. Na stole stała już obfita kolacja.
- Pomyślałam, że musicie być głodni po podróży - powiedziała Lee, podjeżdżając. - Zapraszam.
Chwilę jedli w milczeniu, ale Jimmy nie byłby sobą, gdyby nie zaczął mówić (oczywiście z pełnymi ustami).
- Lilka, a pamiętasz, jak mi wyjaśniałaś, dokąd idzie noc? Bo ja bym chciał wiedzieć jeszcze, jak to jest, że słońce to gwiazda i jest takie duże, a inne gwiazdy są takie malutkie.
Lee uśmiechnęła się, a Lily pokręciła głową z udawaną irytacją.
- Trzeba cię koniecznie posłać do szkoły mugolskiej, mój panie - oznajmiła. - Twoja ignorancja jest straszna.
- Co to jest igo... to coś?
- Niewiedza - podpowiedziała Lee.
- Aha. Powiesz mi, Lily?
Dziewczyna westchnęła z emfazą.
- Jak muszę, to powiem - odparła. - Widzisz, smarkatku, wszystkie gwiazdy są bardzo, bardzo, bardzo duże, tak duże, że nie potrafimy sobie tego nawet wyobrazić.
- Większe od Londynu?
Lily roześmiała się.
- Większe od całej Ziemi, Jimmy! To takie ogromne kule gazów, które kotłują się i wybuchają ciągle, i dlatego świecą tak mocno. Słońce jest tej samej wielkości, co inne gwiazdy, ale jest o wiele bliżej i dlatego wydaje się takie duże.
- Nie rozumiem - poskarżył się chłopiec.
- Zobacz. - Lily chwyciła dwie nieużywane aktualnie łyżeczki. - Te łyżeczki są tej samej wielkości, prawda?
- Prawda.
- Ale jeśli jedną zbliżę do ciebie, o tak, a drugą oddalę, o tak, to wyda ci się, że ta bliższa jest większa, prawda?
- Prawda!
- Z gwiazdami jest tak samo. Słońce jest blisko, ale inne gwiazdy są oddalone o miliony mil.
- Oo.
- Lily, nie wiedziałam, że masz taki dar do nauczania! - wtrąciła Lee z rozbawieniem.
Lily uśmiechnęła się skromnie.
- Jak się ma takiego ciekawskiego brata to trzeba się nauczyć wyjaśniać.
- Podeślę ci kilka osób potrzebujących korepetycji...
- O nie! - zaprotestowała gorąco Lily. - Ja sama się nie wyrabiam, nie mam czasu...
- Spokojnie - zaśmiała się Lee. - Żartowałam. Wiem, że masz w tym roku sumy... i wiele innych spraw na głowie.
Lily odwróciła wzrok. Ten tajemniczy uśmiech na ustach nauczycielki był stanowczo zbyt domyślny.
- Jesteście na pewno zmęczeni - powiedziała Lee, kiedy skończyli jeść. - Połóżcie się spać. Jutro wybierzemy się do Londynu, jeśli wam to odpowiada.
- Bardzo - przyznała Lily. - Musze kupić prezenty dla całej Weasleyowskiej familii, a to zadanie zawsze nastręcza pewne trudności...
- Nie wątpię - zaśmiała się Lee. - Dobranoc zatem.
- Dobranoc - powiedzieli unisono Lily i James, podnosząc się z krzeseł.
----------
Powracam na miesiąc przed maturą z krótkim odcinkiem. Musiałam się trochę odstresować, a pisanie mnie uspokaja. Za to teraz nie spodziewajcie się czegokolwiek aż do zakończenia matur, a zatem do 20 maja. Trzymajcie za mnie kciuki 5 (pisemny polski rozszerzony), 13 (ustny polski), 14 (matematyka podstawowa), 19 (ustny francuski rozszerzony) i 20 (pisemny francuski rozszerzony) maja. Postaram się nie oszaleć.
A póki co - amusez-vous bien!
Napisała Chauve-Souris dnia sobota, 5 kwietnia 2008 o godzinie 23:45:11komentarze [6]Część 28 *
- Lily? Co teraz z nami będzie?
Lily westchnęła. Sama zadawała sobie to pytanie, a odpowiedź nie była łatwa.
Siedzieli na jednym łóżku w pokoju gościnnym, w którym chwilowo mieszkali, dopóki Jimmy przebywał w Hogwarcie. Zamek był cichy. Nikt nie miał ochoty na imprezowanie czy łamanie regulaminu w jakikolwiek sposób. Na posiłkach było nienaturalnie spokojnie i nawet obecność sześciolatka przy stole Gryffindoru nie wywołała większego poruszenia. Weasleyowie przywitali Jimmy'ego bladymi uśmiechami i powrócili do niepatrzenia nigdzie. Nikt się do nich nie odzywał; nikt nie wiedział, co mógłby powiedzieć. Wilbert siedział obok Amandy i po prostu trzymał ja w objęciach. Patrick i Patricia przy stole Ravenlawu trzymali się za ręce. Yves opierał czoło na ręce, nieruchomy, z zamkniętymi oczami. George gapił się nieprzytomnie na jakiś nieokreślony punkt w przestrzeni, a Alicja chowała twarz w dłoniach. Żadne z nich nie płakało, ale trwali w jakimś dziwnym stanie zawieszenia pomiędzy snem a jawą, który Lily tak dobrze znała ze swojego doświadczenia. Caspiana nie było, pojechał z ojcem do domu. I tak było na każdym posiłku w ciągu ostatnich trzech dni, od pogrzebu Hermiony. Ciszę w Wielkiej Sali przerywał tylko szum skrzydeł sowich, kiedy przynosiły pocztę. Coraz więcej uczniów prenumerowało Proroka, a Lily zamówiła jeszcze "Newsweek Magia", tygodnik międzynarodowej społeczności czarodziejskiej. Śmierć Hermiony Weasley i powszechna dyskusja na temat Armii Wyzwolicieli Krwi wciąż zajmowały pierwsze strony gazet, były w czołówkach programów informacyjnych magicznej telewizji oraz radia i nie schodziły z języków komentatorów na całym świecie. Ze wszystkich krajów płynęły depesze z kondolencjami oraz zapewnieniami o udzieleniu wszelkiej możliwej pomocy. Lily przypominała sobie, że po śmierci jej rodziców też tak było, ale... nikt z tego nie wyciągnął wniosków, prawda?
- Nie wiem, Jimmy - odpowiedziała Lily, otrząsając się z zamyślenia. - Prawnie wciąż jesteśmy pod opieką Rona Weasleya...
- I ja tam wrócę? Do wujka Rona i Ginny?
- Nie wiem, Jim - westchnęła Lily. - Wydaje mi się jednak, że nie, przynajmniej nie od razu.
- Zostanę z tobą? - Chłopiec uniósł twarzyczkę, a w jego wzroku było tyle nadziei, że Lily poczuła wzruszenie. Ten brzdąc naprawdę bardzo ją kochał... Za co? - nie wiedziała, ale wiedziała, że musi sobie zasłużyć na tę miłość. Problem polegał na tym, że nie miała pojęcia, co może zrobić.
- Nie, Jimmy. Chciałabym, ale to raczej niemożliwe. Pozwolono ci zostać w zamku na parę dni, póki Weasleyowie nie załatwią swoich spraw... Teraz pewnie wrócisz do nich, ale raczej do starszych państwa Weasleyów, niż do Rona.
- Do cioci Molly i wujka Artura?
Lily uśmiechnęła się blado. Dla Jimmy'ego wszyscy byli ciociami i wujkami.
- Tak myślę, smarkatku.
- Nie jestem...
- Jesteś.
- Nie jestem!
- Jesteś!
- Nie jestem!
- Nie sprzeczaj się ze mną! - Lily pochyliła się i zaatakowała brata łaskotkami.
- He-ej, prze-estań! - zapiszczał, śmiejąc się głośno.
- Więc... przyznaj... że... jesteś... smarkatkiem! - Lily przewróciła Jimmy'ego na łóżku, gilgocząc, aż cały skręcał się ze śmiechu.
- Okej! - krzyknął Jim. - Jestem, jestem!
- Ha, ha! - oświadczyła triumfalnie Lily, zaprzestając łaskotania. Jim obrzucił ją urwisowskim spojrzeniem i nagle chwycił poduszkę i rzucił w siostrę.
- Trzymałem palce! - oznajmił, pokazując dwa skrzyżowane paluszki.
- Łotrze! - zaśmiała się Lily, podnosząc brata do góry i obracając się szybko w miejscu.
- Łiii!
- Smarkatek...! - wydyszała mu do ucha Lily, kiedy padli oboje na dywan, zmęczeni. - Mój smarkatek...
Jim zarzucił jej ręce na szyję.
- Lilka, jak ja cię kocham to ty nie wiesz nawet - oznajmił, a Lily poczuła, jak łzy - tym razem wzruszenia - spływają jej po policzkach.
*
12 grudnia 2014 roku - niedziela. Godzina 20:20.
Odjechał Jimmy... to źle brzmi.
Wyjechał Jimmy... jeszcze gorzej.
Jimmy pojechał do państwa Weasleyów, do Nory. Może nie brzmi to najlepiej, ale najbliższe jest prawdy. Nie miałam pojęcia, jak bardzo potrzebowałam jego obecności przez te kilkanaście dni. Więcej on mnie wspierał, niż ja jego.
Caspian wrócił do szkoły. Nie rozmawia z nikim spoza Weasleyów. I Potterów, najwyraźniej. Zapytał mnie, czy też wydawało mi się, że świat się skończył, kiedy umarli moi rodzice. Na Boga, tak! Tylko że mój świat skończył się jakby
bardziej. Caspian ma jeszcze rodzinę, ma ojca i siostrę i całą masę wujków, cioć, kuzynów, kuzynek i dziadków na dokładkę. Powiedziałam mu o tym, starając się brzmieć jak Cassia wtedy, gdy podobne słowa kierowała do mnie. Nie do końca go przekonałam, ale musi minąć trochę czasu. Potrzeba czasu, by zabliźniły się rany, które nigdy nie znikną.
Przez całe to zamieszanie zawaliłam Eliksir Animagii. Nie pilnowałam go i niemal się wygotował. Nic już z nim się nie da zrobić, muszę zacząć od początku. Nie jest to perspektywa zachęcająca. Poświęciłam temu dużo swego czasu i entuzjazmu oraz determinacji. Entuzjazm ze mnie opadł i pozostała tylko determinacja, a czas... Jeśli chodzi o czas to muszę poczekać do stycznia. Nie wiem, jak będą wyglądały święta. Na pewno będą smutne, ale ja chcę spędzić je z Jimmym. Wygląda na to, że będę jednak musiała zostać w zamku. Chciałabym jedynie mieć przy sobie Jimmy’ego, ale obawiam się, że profesor McGonagall się na to nie zgodzi. Już i tak uczyniła wielkie ustępstwo, że po pogrzebie pozwoliła mu zostać. Nie wyobrażam sobie jednak tych świąt. W rodzinie Weasleyów... Będą ciche. Bardzo ciche i bardzo spokojne. I pełne łez i żalu. Nie chciałabym, by Jimmy przebywał tam wtedy, nie w takiej atmosferze. On jest malutki, a ja nie chcę, by dorastał tak szybko. Wystarczająco smutne będą te święta bez rodziców.
Ferie zaczynają się za półtorej tygodnia. Wkrótce profesor Lee będzie zbierać listę nazwisk uczniów, którzy zostają na święta w Hogwarcie. Co ja mam zrobić?
Spotkałam wczoraj Ike’a. Przypomniał mi o naszej obiecanej kawie. Odmówiłam. Sytuacja nie sprzyja takim wypadom. Chyba się trochę obraził. Trudno.
Coraz bardziej doceniam zalety posiadania przyjaciół. Rafael i Syriusz nie mówią dużo, ale są przy mnie, wspierają mnie cicho i wiem, że mogę na nich liczyć. A Cassia... z Cassią dobrze mi się mówi. To znaczy: ja mówię, ona milczy. Wtrąca od czasu do czasu krótkie, celne uwagi. Podnosi na duchu. Czuję się przy niej... bezpieczna.
Och.
*
Poranek wstawał jasny i mroźny. Wydychane powietrze natychmiast zamieniało się w parę. Słońce świeciło słabo, chociaż niebo było bezchmurne. Szczyty otaczających Hogwart gór były pokryte śniegiem. Lily westchnęła, przyglądając się temu krajobrazowi.
Teraz, gdy zbliżały się święta, a nad zamkiem unosiła się niewypowiedziana groźba powtórzenia się wojny, nauczyciele trochę zwolnili z materiałem. Lily nie musiała już zajmować się Eliksirem Animagii, więc zyskała sporo czasu. Wolnego czasu, z którym nie wiedziała, co robić. Rafael i Syriusz stanowili doskonałe towarzystwo, ale Lily chciała od nich odpocząć. Czasem dobrze pobyć samemu. Wiedziała, że towarzystwo Cassii by jej nie przeszkadzało, ale trochę się bała tego sam na sam. Nie ze względu na Cassię. Raczej na siebie.
Charakterystyczny, cichy szum wózka usłyszała dopiero, kiedy profesor Lee była całkiem blisko. Odwróciła się od otwartego na oścież okna i spojrzała na kobietę na wózku. Po raz pierwszy od wielu dni, tygodni nawet, mogła się jej przyjrzeć bliżej.
Lee była nieco bledsza, niż wcześniej. Miała lekko podkrążone oczy, a do piersi znów przypięła białą wstążkę. Poza tym jak zawsze była nienagannie ubrana w jednolicie czarną szatę, włosy miała spięte, a spojrzenie smutne.
- Dzień dobry, pani profesor - odezwała się Lily.
- Witaj, Lily. Nie jest ci zimno? - Lee wskazała na okno.
- Nie, chciałam pooddychać świeżym powietrzem przed kolacją.
Lee skinęła głową.
- Jak się czujesz, Lily?
Dziewczyna wiedziała, że nauczycielka nie pyta o jej samopoczucie w aspekcie fizycznym.
- To... trudne - przyznała się. - Niedawno minęły cztery miesiące od śmierci rodziców... za parę dni minie miesiąc od śmierci Hermiony... nie byłyśmy spokrewnione, ale była dla mnie jak ciocia, jak... rodzina.
- Tak. - Lee skierowała wzrok na widok za oknem. - Weasleyowie byli dla nas wszystkich jak rodzina. Ja i Harry byliśmy sierotami, a oni nas przygarnęli. Nie dosłownie. Przygarnęli nas do serca... Hermionę też, nawet zanim stało się oczywiste, że ona i Ron będą razem...
Lily nadstawiła uszu. Lee jeszcze chyba nigdy nie powiedziała aż tyle.
- Byliśmy u nich na wakacjach co roku. Albo nie u nich, ale z nimi. Nawet wtedy, po naszym szóstym roku, po śmierci Ginny...
Nauczycielka urwała. Spojrzała na Lily.
- Jeśli naprawdę chcesz wiedzieć więcej o tym, co działo się w życiu twego ojca, musisz być przygotowana na więcej śmierci.
Lily skinęła powoli głową.
Długą chwilę trwało milczenie.
- Lily... wiem, że pewnie chciałabyś pojechać do Weasleyów na święta... - odezwała się wreszcie Lee. Mówiła z wahaniem. - Ale proszę cię, byś się zastanowiła. Oni na pewno będą chcieli, by ty i James byliście obecni na bożonarodzeniowym obiedzie, ale spędzanie z nimi całych ferii świątecznych... może być bolesne. Dla was wszystkich.
Lily odwróciła wzrok. Czuła, jak jej wilgotnieją oczy.
- Wiem, pani profesor. Gdyby nie Jimmy, zostałabym na święta w Hogwarcie, ale... nie wyobrażam sobie... tych świąt... jeszcze i bez niego.
- A nie chciałabyś... To oczywiście tylko propozycja, zrozumiem, jeśli ją odrzucisz... nie chciałabyś spędzić świąt ze mną? I z Jimmym?
Lily spojrzała na nią, zaskoczona.
- Z panią?
Lee uśmiechnęła się niepewnie.
- Chciałabym cię lepiej poznać, Lily - powiedziała cicho. - Jesteś córką Harry’ego... mojego... - zawahała się na ułamek sekundy - najlepszego przyjaciela.
Lily pokiwała głową, zastanawiając się, co chciała powiedzieć nauczycielka wcześniej. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Idea spędzania świąt z nauczycielką, w dodatku opiekunką swojego domu, wydawała jej się bardzo dziwna, z drugiej strony może byłaby możliwość porozmawiać szerzej o rodzicach... i byłaby z Jimmym.
- Z chęcią, pani profesor - odpowiedziała. - Z miłą chęcią.
----
Powróciłam, ale nie obiecuję, że nowa notka będzie szybko. Właściwie to mogę być więcej niż pewna, że szybko nie będzie. Zwyczajnie nie mam czasu. Matura mi wisi na karku. I dyszy. I straszy. I generalnie jak damoklesowy miecz wygląda.
A na razie - enjoy. Jeśli jeszcze ktoś to czyta... :)
Napisała Chauve-Souris dnia niedziela, 3 lutego 2008 o godzinie 19:06:14komentarze [13]Część 00 Nie, nie porzucone. Nowa notka się tworzy, tylko czasu brakuje.
Wrócę, jak się wyśpię. (Falkooon...)
Napisała Chauve-Souris dnia środa, 21 listopada 2007 o godzinie 21:21:28komentarze [1]Część 27 CZĘŚĆ III:
J'attends mon aster.
* Czekam na moją gwiazdę (fr.)
Jest niepozorna, jakby wcale.
Wypełnia pustkę jednocześnie.
Przyzwać ją można jak wspomnienie,
dobre wspomnienie, dobrych dni.
[Jan Rybowicz, "A ona cicha"]
10 grudnia 2014 roku - piątek. Godzina 22:40.
Byłam przekonana, że Hermiona umrze. Hermiona... Najlepsza przyjaciółka mojego ojca, osoba poza rodzicami najbliższa mi. Zawsze razem spędzaliśmy Boże Narodzenie: Weasleyowie, Lupinowie, Longbottomowie i my, Potterowie. Często byłam u nich na obiedzie, czasem spędzałam tam weekendy, wyjeżdżaliśmy wspólnie na wakacje... To naprawdę była moja
rodzina. Chociaż nie. To
jest moja rodzina - teraz już jedyna, jaką posiadam... oprócz Jimmy'ego.
W dniu upływu terminu ultimatum cały zamek był cichy, jak nigdy. I ja też instynktownie chodziłam na palcach. Mówiło się, że Ministerstwo nie zgodziło się na żadne ustępstwa.
Prorok milczał w tej sprawie jak zaklęty, na pewno zmuszony naciskami politycznymi. Wszyscy oczekiwali na wiadomości... ale żadne nie nadeszły.
Poniedziałek, pamiętam, był koszmarem. W gazecie nie było nic, ani o Hermionie, ani o puryfikatorach. Nauczyciele rozmawiali między sobą na posiłkach i w czasie przerw, uczniowie usiłowali ich podsłuchać i nikt nie miał głowy do nauki. Tylko Binns jak zwykle zanudzał nas tasiemcem dat i nazwisk. Dziewiętnasty wiek obfitował w wydarzenia, ale co mnie to niby obchodzi?
Wtorek i środa były dokładnie takie same. Kilkakrotnie próbowałam porozmawiać z Caspianem, ale zawsze uciekał pod byle pretekstem.
A potem przyszedł czwartek, a wraz z nim
Prorok, który wstrząsnął szkołą i, jak się można domyśleć, zapewne też całym magicznym światem.
"Rzecznik Ministerstwa Magii", przeczytałam w gazecie, "poinformował opinię publiczną, że Ministerstwo zdecydowało się negocjować z Armią Wyzwolicieli Krwi. "Sprawa ta została dogłębnie przedyskutowana przez Sztab Kryzysowy", zapewnił Percival Weasley. "Niczego nie obiecujemy, ale zrobimy wszystko, by Hermiona Weasley wróciła niedługo do domu cała i zdrowa." Zapytany o cenę, jaką Ministerstwo gotowe jest zapłacić za życie pani Weasley, Rzecznik odmówił dalszego komentarza."
To był dla mnie szok. Ministerstwo chciało pertraktować z porywaczami! Z terrorystami! Robili największy błąd, jaki można było popełnić... Chcieli wypuścić Śmierciożerców z Azkabanu i Libere? Co oni sobie myśleli?
Najgorsze jest zaś to, że spotkałam tego dnia Caspiana. Nie odezwał się do mnie, ale w jego oczach widziałam nadzieję... Nie wierzyłam, że, nawet po spełnieniu tych absurdalnych warunków, puryfikatorzy tak po prostu uwolnią Hermionę. Nie wierzyłam, że jeszcze kiedyś ją zobaczę.
Po tym krótkim oświadczeniu znów zapadła medialna cisza. Informacje dotarły do mnie drogą bezpośrednią, byłam prawdopodobnie jedną z pierwszych ludzi, którzy zostali powiadomieni. Był wtorek, dwudziestego trzeciego listopada.
*
- Ty jesteś Boyd? Profesor Lee prosi cię do siebie.
Lily podniosła głowę znad zadania z Zaklęć, na którym usiłowała się skupić. Jakaś mała dziewczynka, najprawdopodobniej pierwszoklasistka (drugoklasiści nie mieli wątpliwości co do tożsamości Lily. I raczej mówili do niej "Potter"), stała obok jej stolika w bibliotece.
- Dziękuję - westchnęła Lily, zbierając notatki, pióra i kałamarz i chowając je do torby. Ułożyła książki w schludny stosik i poszła do gabinetu nauczycielki. Na dnie jej świadomości czaiło się paskudne przeczucie.
Zapukała, ze środka odezwało się ciche "proszę" i dziewczyna weszła.
- Pani profesor mnie wzywała - powiedziała niepotrzebnie. W pomieszczeniu oprócz niej zgromadzili się chyba wszyscy hogwarccy przedstawiciele familii Weasleyów.
Coś złapało Lily za gardło. Nie... to niemożliwe. Czy...?
- Hermiona Weasley nie żyje - powiedziała po prostu Lee. Nikt się nie odezwał. Na twarzach Wealseyów malował się wyraz szoku. Amanda i Yves podtrzymali Caspiana, który zachwiał się i byłby upadł, gdyby nie ich pomoc.
- Puryfikatorzy nie zrewidowali swoich żądań, Ministerstwo się na nie nie zgodziło. Dziś rano znaleziono ciało Hermiony, przed wejściem głównym do Ministerstwa. Nie cierpiała... - głos profesor Lee załamał się. Lily patrzyła na nią, czując pustkę w środku. Spodziewała się tego,
wiedziała, że Hermiona umrze, a jednak...
Przełknęła ślinę. Lee wyglądała na tak samo wstrząśniętą, jak ona sama. Lily przypomniała sobie, co usłyszała zaledwie kilka miesięcy temu, choć wydawało się, że upłynęły lata: "Byliśmy paczką najlepszych przyjaciół: twój ojciec, Hermiona, Ron i ja".
- Pogrzeb odbędzie się za tydzień. Na cmentarzu w Hogsmead - ciągnęła Lee po chwili ciężkiego milczenia. - Hermiona... zostanie pochowana jak bohaterka. Obok Harry'ego.
*
Zimny wiatr targał połami szat i płaszczy, wdzierając się pod warstwy ubrań. Drzewa szumiały, żółte i czerwone liście opadały z gałęzi, wirując w dzikim tańcu. Niebo było ciemnoszare, przez grube warstwy skłębionych chmur nie przeświecał ani jeden promień słońca. Nie padało, ale w powietrzu unosił się charakterystyczny zapach, zwiastujący nadciągającą nawałnicę.
Katafalk obity czarnym kirem ustawiono na podwyższeniu, gdzie każdy mógł dobrze go widzieć. W tle rozciągał się cmentarz, z wysoką Wieżą Chwały wzbijającą się w niebo pośrodku morza grobowców. Milczący tłum, zebrany na błoniach cmentarnych, wpatrywał się w mężczyznę, stojącego przy marach. Miał na sobie czarną szatę, jego rude włosy były przyklapnięte, sine cienie pod oczami ostro odcinały się od bieli twarzy. Mężczyzna pochylał się nad drobnym kobiecym ciałem na katafalku. Nie poruszał się od dłuższego momentu, trzymając w dłoniach rękę martwej ukochanej. Burza jej brązowych włosów rozsypała się malowniczo na jedwabnej poduszeczce, blada twarz kontrastowała z czernią kiru, a zamknięte oczy potęgowały wrażenie, że kobieta śpi.
Lily patrzyła na ten obrazek ze ściśniętym gardłem, ale bez śladu łez na policzkach. Stała w pierwszym rzędzie, Jimmy ściskał ją mocno za rękę, jak wtedy, ponad trzy miesiące temu, gdy to ciała ich rodziców leżały na marach. Tak jak wtedy, dziewczyna nie mogła wydusić z siebie łez ani żadnej żywszej manifestacji cierpień, jakie przeżywała wewnątrz. Jej wzrok pozostawał beznamiętny, suchy, wręcz zimny. Nie potrafiła się zdobyć na demonstrację żalu.
Ron Weasley też nie płakał. Wpatrywał się w twarz swojej ukochanej żony i najlepszej przyjaciółki. Zdawał się nie pamiętać, że patrzy na niego ogromna część magicznej społeczności, że wszyscy czekają na znak od niego. Trwał w bezruchu przez długie minuty. Cisza i ciemność otulała go jak palto, chłodny wiatr szczypał w policzki, ale mężczyzna nic nie czuł. Miał w sobie pustkę, jakby ze śmiercią Hermiony do innego świata odeszła cała jego dusza.
Poruszył się wreszcie. Uścisnął dłoń żony raz jeszcze i delikatnie złożył na jedwabnym posłaniu. Odstąpił o krok, wzniósł różdżkę i machnął nią krótko. Przez moment nic się nie działo, dopiero po chwili Lily zauważyła niewielki ognik, unoszący się nad marami. Płomyczek chwiał się na wietrze, ale nie gasł, lecz stawał się coraz większy i jaśniejszy, równocześnie opadając na katafalk. Objął w końcu całe ciało i stał się tak jasny i mocny, że Lily musiała odwrócić wzrok.
Ogień gasł. Na katafalku nie było już ciała, stała za to misternie zdobiona szkatułka z niewielkim wgłębieniem pośrodku, otwarta. Ron podszedł i zamknął ją, a zamek szczęknął głucho w całkowitej ciszy. Mężczyzna podniósł szkatułkę i odwrócił się w stronę Wieży Chwały. Ktoś zaszlochał krótko, gdy milczący tłum czarodziejów i czarownic rozstąpił się przed Ronem. Nikt nie poszedł za nim do wieży. Ludzie wymieniali spojrzenia i rozchodzili się cicho, zaczynając ostrożne rozmowy dopiero za bramą cmentarza.
Lily, ściskając dłoń Jimmy'ego, podeszła do pani Weasley, która stała bezradnie pośrodku pustoszejących błoni. Jej mąż stał obok, piastując w rękach śpiącą z wyczerpania Ginny. Za ich plecami dostrzegłam całą rodzinę Weasleyów, ale nikt nie podszedł. Wszyscy wydawali się lekko zamroczeni i zszokowani, jakby nie do końca docierała do nich tragedia sytuacji. Lily pamiętała ten sam wyraz na ich twarzach po pogrzebie rodziców. Nagle z bolesną świadomością zdała sobie sprawę, że Weasleyowie naprawdę byli jej rodziną. Nie rodzina krwi; rodziną
uczuć. Traktowali jej ojca jak syna lub brata... jak jednego z nich. A ją samą, Lily, jak wnuczkę albo bratanicę. W tym znaczeniu naprawdę
była Weasleyówną.
- Pani Weasley... - odezwała się cichutko. - Proszę wrócić do domu. Zabiorę Jimmy'ego ze sobą. Nie chcę, by przeszkadzał.
- Co też wygadujesz, słonko - zaprotestowała słabo pani Weasley. - On nam absolutnie nie przeszkadza...
- Ale mimo to chciałabym go wziąć ze sobą, jeśli profesor McGonagall się zgodzi.
Jimmy pokiwał gwałtownie głową. Uczepił się rękawa Lily i nie puszczał, trzymając ją za nadgarstek tak mocno, że zbielały mu knykcie.
- Poprosiłam profesora Lupina, żeby z nią porozmawiał - dodała Lily, po to tylko, żeby zapełnić ciszę. Nie do końca jej to wyszło, bo po tym oświadczeniu i tak zapadło milczenie.
- Profesor McGonagall zgodziła się, by Jimmy został na parę dni w zamku. - Do grupki milczących Weasleyów i dwójki Potterów podjechała na swoim wózku profesor Lee. - Pod warunkiem, że nie spuścisz go z oka, Lily.
- Oczywiście, pani profesor - odparła Lily poważnie. - Jimmy będzie grzeczny, prawda, Jimmy?
- Ja wszystko zrobię - powiedział chłopiec, zaciskając palce na ręce siostry. - Grzeczny będę, ja się wszystkiego nauczę, ja nawet pokój posprzątam, ale z Lilką!
Lee uśmiechnęła się do niego.
- Myślę, że to wystarczy. Chodź, Lily, wszyscy uczniowie już wrócili do zamku.
- Tak, pani profesor - odparła potulnie Lily. - Do widzenia, pani Weasley, panie Weasley.
- Trzymaj się, Lily. Do zobaczenia, Jim.
---
Zdaję sobie sprawę, że to opowiadanie staje się coraz mroczniejsze i smutniejsze, a to jeszcze nie koniec tragicznych wydarzeń w świecie czarodziejów. A im dalej pójdziemy, tym ciemniejszy będzie horyzont. Mogę tylko obiecać, że kilka radosnych i, być może, także wesołych epizodów również się w fabule znajdzie. Rozpoczyna się Część III opowiadania, która będzie częścią planowo najdłuższą (oczywiście zawsze może się to zmienić, bo moi bohaterowie żyją własnym życiem i czasem nie chcą współpracować z planem wydarzeń), przy czym część IV wg planu będzie jej długością dorównywała lub prawie dorównywała. Mam nadzieję, że jak dotąd się Wam podobało na tyle, że zostaniecie ze mną i z Lily trochę dłużej :) Najlepiej, oczywiście, do końca opowieści :>
Jak zwykle proszę o komentarze :)
Napisała Chauve-Souris dnia sobota, 6 października 2007 o godzinie 22:17:47komentarze [15]Część 26 *
Caspian nie pojawił się na śniadaniu, a Lily uznała to za zły omen, choć dziś już wszyscy nauczyciele pojawili się przy stole kadry. Jedynym znakiem, że wydarzyło się coś niepokojącego, był wzmożony poziom szeptów w całej Wielkiej Sali i nerwowe oczekiwanie, jakie we wzroku nauczycieli oraz niektórych uczniów widziała Lily. Wiedziała, na co czekają, sama zresztą kręciła się niecierpliwie, raz po raz spoglądając na wielkie okna, przez które wlatywała codzienna poczta.
Wydawało jej się, że minęły godziny, zanim jej uszu dobiegł charakterystyczny szum skrzydeł i do Sali wleciały sowy, niosąc, w większości,
Proroka Codziennego.
- Jest coś nowego? - zapytał Syriusz nerwowo, zaglądając jej przez ramię, gdy Lily otworzyła gazetę.
- Tylko krótka notka - odparła. - Posłuchajcie: "Ministerstwo Magii nie nawiązało nowego kontaktu z Armią Wyzwolicieli Krwi. Sekretarz Ministra Magii powołał Sztab Kryzysowy, w którego skład wchodzą dyrektorzy niemal wszystkich departamentów oraz dwóch zewnętrznych doradców. Jego zadaniem będzie rozwiązanie zaistniałej sytuacji w możliwie pokojowy sposób, jak twierdzi Rzecznik Ministerstwa. "Nie chcemy więcej ofiar", mówi Percival Weasley. "Będziemy robić wszystko, co w naszej mocy, by wydarzenia z sierpnia i września oraz porwanie pani Minister nie były początkiem koszmaru podobnego do tego sprzed trzynastu lat. Jesteśmy o tamtą historię mądrzejsi oraz znacznie lepiej przygotowani oraz zabezpieczeni, głównie dzięki wysiłkom Harry'ego Pottera i jego żony. Społeczeństwo czarodziejów nie ma powodów do obaw." Można mieć tylko nadzieję, że słowa Rzecznika nie są jedynie próbą uspokojenia nas i że naprawdę Ministerstwo wie, co robić w tej sytuacji."
- To wszystko? - zapytał z niedowierzaniem Rafael, z tostem uniesionym w połowie drogi do ust. - Nic więcej nie ma?
Lily potrząsnęła głową.
- Zupełnie nic.
Wymienili ponure spojrzenia.
- Ministerstwo nie nawiązało kontaktu z Armią... - mruknęła Lily, raz jeszcze przebiegając wzrokiem tekst. - No jasne, że nie, przecież to Armia się z nimi kontaktuje.
- Zastanawia mnie co innego - wtrącił Syriusz. - Ten cały Smith powiedział, że przekażą Ministerstwu listę więźniów do zwolnienia. Ciekawe, czy już to zrobili?
- Myślę, że tak - zawyrokowała Lily. - Ale nie spodziewajmy się, że opublikują to w
Proroku.
- Boyd, możemy porozmawiać?
Lily odwróciła się, zdziwiona nieco. Stał przed nią John Kerry, chłopak, który podobał jej się w zeszłym roku...
A może w innym życiu?, przemknęło jej przez myśl. Od
tamtego dnia nie rozmawiała z nim ani razu, ale zauważyła, że jego siostra, Anna Kerry, została przydzielona do Gryffindoru.
Lily rzuciła Syriuszowi i Rafaelowi przepraszające spojrzenie i wstała.
- Jasne. O co chodzi?
- Nie tutaj.
Wziął ją za rękę (gdyby to się wydarzyło cztery miesiące temu!) i wyprowadził z Wielkiej Sali, a potem schodami na pierwsze piętro. Weszli do jakiejś pustej klasy i John zamknął drzwi.
- O co chodzi? - powtórzyła Lily, przysiadając na blacie jednej z ławek.
- Jestem ci winien przysługę, pamiętasz? - powiedział John. Wyglądał na lekko spiętego. Naszywka z orłem na jego piersi unosiła się i opadała szybko, w rytm jego oddechu.
- Pamiętam.
Jak mogłabym nie pamiętać? Tego dnia zginęli moi rodzice. Wydarzenia tamtego dnia w jej pamięci były żywe i szczegółowe, jakby to nie wydarzyło się trzy miesiące temu, ale wczoraj zaledwie.
- Więc... chciałbym cię ostrzec.
- Ostrzec. - Lily uniosła jedną brew. Armia Wyzwolicieli Krwi zaczynała się panoszyć, a on chce ja ostrzegać!
- Przed Prewett.
- Co? - Lily otworzyła usta z zaskoczenia. Nie tego się spodziewała! Dlaczego ktokolwiek miałby ją ostrzegać przed Cassią, jej najlepszą przyjaciółką?!
- Chcę cię ostrzec przed Cassią Prewett. Jest naszym prefektem.
- Wiem, wyobraź sobie! - prychnęła z irytacją. O co chodzi temu palantowi?
- Widziałem, że często z nią rozmawiasz - kontynuował John nerwowo. - Radzę ci zerwać z nią kontakt.
- Czy wszyscy uparli się, by mi znajomych zabierać? - zdenerwowała się Lily. - Cassia jest moją przyjaciółką!
- Tym gorzej dla ciebie - oznajmił dość sucho John. - Słuchaj, ja wiem, że ona jest bardzo sympatyczna, miła, grzeczna i w ogóle, ale...
- Ale co?!
- Ona jest lesbijką!
- Jak... co?
Lily zamrugała gwałtownie.
- Cassia Prewett jest lesbijką. Woli dziewczyny.
- Ja... - zaczęła Lily, ale zamilkła. Nie wiedziała, co powiedzieć. Była w szoku. Cassia, jej Cassia... jej najlepsza przyjaciółka...?
- Kłamiesz - powiedziała mechanicznie.
- Nie. - John pokręcił głową. - Dwa lata temu widziałem dowód. Wpadłem na nią i na Sheraldę Kyrrę w przejściu za gobelinem Barnabasza Burego. Całowały się... i wierz mi, to nie był siostrzany pocałunek.
Lily potrząsnęła głową. Czuła, że wszystkie myśli ulatują jej z głowy. Wypełnił ją bardzo wyrazisty obraz Cassii i Sheraldy, splecionych w namiętnym uścisku, krótkie czarne włosy Cassii ostro odcinające się na tle jasnej czupryny Sheraldy, jej naszywka z orłem dotykająca gryfońskiego lwa Sheraldy... Coś ją ukłuło w sercu. Cassia... jak ona mogła...?
- Musiałem cię ostrzec - powiedział John. - Nie chciałem, byś wpadła w jej sidła.
Lily poczuła złość. Jak on może tak mówić o Cassii?! To nie
jego przyjaciółka!
- Sidła?! - krzyknęła gniewnie. - Jakie sidła?! Zastanów się, co mówisz! Cassia jest moją przyjaciółką i pozostanie nią, cokolwiek takie ścierwo jak ty o niej powie!
Na twarzy Johna odbił się szok i uraza, ale Lily nie dbała o to.
- Odwal się od nas! - wysyczała groźnie, odwróciła się na pięcie i wypadła z klasy jak burza.
*
- Panno Boyd, jestem zmuszony odjąć Gryffindorowi pięć punktów. Pani zachowanie dziś jest skandaliczne. W ogóle mnie pani nie słucha!
Lily spuściła głowę. Co mogła poradzić na to, że kompletnie nie mogła się skupić na słowach profesora Flitwicka?
- Przepraszam - wymamrotała. - To się nie powtórzy...
- Mam nadzieję - uciął nauczyciel. - Radzę się nauczyć materiału z tej lekcji.
Lily westchnęła od serca. To bez wątpienia była zawoalowana zapowiedź testu.
Dzwonek obwieścił litościwy koniec lekcji. Lily bez słowa, ani nawet spojrzenia na Syriusza i Rafaela spakowała się i wyszła z klasy pierwsza.
Zaklęcia nie były trudną dziedziną magii, nie z Flitwickiem, ale po porannych rewelacjach Johna, Lily po prostu nie mogła się skupić. Właściwie nie rozmyślała nad tym, co usłyszała. Czuła się pusta w środku.
Cassia... jej przyjaciółka. Inteligenta, miła, zabawna. Nie dbająca o wygląd, swobodna, zawsze gotowa nieść bezinteresownie pomoc... czy rzeczywiście bezinteresownie? Czy fakt, że jest odmiennej orientacji seksualnej coś między nimi zmienia?
Lily usiadła na schodach i skryła twarz w dłoniach. Czy to coś zmienia?
A jeśli Cassia
rzeczywiście jest zainteresowana nią, Lily, nie tylko jako przyjaciółką? Czy Lily jej się
podoba? Czy...?
Czy chce ją wykorzystać?
Nie!
Nie, nie, nie... Nie może tak myśleć, nie może w to uwierzyć. Cassia jest jej przyjaciółką. Najlepszą. Właśnie... ale czy na przyjaźni się skończy?
A jeśli Cassia rzeczywiście oczekuje od niej czegoś więcej? Czy, kiedy się dowie, że Lily woli chłopców, zrozumie? Czy nadal będzie jej przyjaciółką?
Czego Cassia od niej oczekuje? Czy w ogóle czegoś oczekuje? Czemu jej nie powiedziała? Dlaczego to przed nią ukryła? Lily się przed nią otworzyła bardziej, niż przed kimkolwiek bądź... dlaczego nie otrzymała w zamian szczerego wyznania?
To nie jest rzecz, o jakiej się mówi bez powodu. Temat chłopców nigdy dotąd nie wypłynął w ich rozmowach, po prostu nie było okazji... prawda?
I wciąż powracające pytanie: czy to coś zmienia? Czy to, że już wie, powinno coś zmienić w nastawieniu i zachowaniu Lily wobec Cassii?
Nie! Cassia jest jej przyjaciółką... Nie, nie. Nie. Lily nie odwróci się od niej tylko dlatego, że Cassia jest innej orientacji. A jeśli Cassia będzie oczekiwała czegoś więcej... Lily jej wyjaśni, że traktuje ją wyłącznie jako przyjaciółkę. Ni mniej, ni więcej. Tak, tak właśnie będzie.
Ale nie wspomni o tym na razie. Nie będzie czynić jej wyrzutów. Po prostu... po prostu będzie dalej się przyjaźnić.
Lily zacisnęła powieki, próbując się uspokoić. Setki myśli wirowały jej w głowie. Pytaniom nie było końca, ale na niewiele z nich znajdowała odpowiedzi...
Zadzwonił dzwonek i Lily poderwała się. Spóźni się na Obronę.
*
- Lily, czy coś się stało? - zapytał Syriusz ostrożnie, kiedy siedzieli we trójkę w Pokoju Życzeń, dosypując ziół do Eliksiru Animagii. - Jesteś jakaś... nieobecna.
- Nie - powiedziała Lily, potrząsając głowę, jakby dopiero wyszła z wody. - Nie, nic się nie stało. Po prostu... wydaje mi się, jakbym miała zbyt wiele myśli w głowie.
- Rozumiem. Bałem się, że ten cały Kerry powiedział ci coś...
Lily drgnęła.
- Właściwie to... powiedział - przyznała. - Nie chcę o tym mówić - dodała, widząc pytające spojrzenie młodego Lupina.
- W porządku.
- Myślałem, że on ci się podoba - wtrącił Rafael. - W zeszłym roku obdarzałaś go takimi uśmiechami...
- Podobał mi się - westchnęła Lily. - Ale ten rok... w tym roku wszystko się zmieniło.
- Szkoda - powiedział Rafael z cieniem uśmiechu. - Całkiem przystojny facet... ajj!
Syriusz roześmiał się. Rzucona przez niego gąbka do mycia przyrządów alchemicznych trafiła Rafaela w nos.
- Ty się nie angażuj! - Pogroził przyjacielowi palcem.
- Spłyń ze mnie, kochany - odgryzł się Rafael z uśmiechem. - Moja cnota jest bezpieczna.
- Aha, jasne - prychnął rozbawiony Syriusz i spojrzał na Lily. Momentalnie spoważniał.
Lily patrzyła na nich szeroko otwartymi oczami, z wyrazem szoku na twarzy.
- W porządku, Lily? - zapytał. - Coś się stało?
- Wy... - wyjąkała Lily. - Ta rozmowa... to tak... to znaczy... wy tak na poważnie?
- Co? - Mina Rafaela wyrażała zdumienie.
- Wy... to znaczy... w szkole mówią... chodzą plotki, że... wy... - Lily wzięła głęboki oddech. - Mówią, że jesteście razem.
-
Razem? - powtórzył Rafael.
- No... że chodzicie... ze sobą. Takie są... plotki.
- A ty w nie wierzysz - stwierdził Syriusz. Nie było to pytanie.
- Nie wierzyłam - wyznała szczerze Lily. - Ale... często znikacie gdzieś razem... I teraz... ta rozmowa...
- Więc wierzysz, że jesteśmy parą homoseksualistów, tak? - Głos Syriusza był beznamiętny, jakby wyprany z emocji.
- Ja... nie wiem.
- A jeśli jesteśmy... czy to coś zmienia? - odezwał się Rafael.
- Ja... nie! Oczywiście, że nie! - powiedziała Lily. - Jesteście moimi przyjaciółmi - dodała stanowczo.
- Cieszę się, że to powiedziałaś. - Syriusz wstał i podszedł do parującego kociołka, by wrzucić liście, które wcześniej ucierał na proszek. - Cieszę się, bo to znaczy, że akceptujesz nas takimi, jakimi jesteśmy. Tak jak my ciebie.
- Czy to znaczy, że...?
- Nie, Lily - wtrąciła Rafael łagodnym tonem. - Nie jesteśmy homoseksualistami. Jeśli chodzi o Syriusza... - Spojrzał spod oka na przyjaciela. - On jest stuprocentowym heteroseksualistą. A ja... można powiedzieć, że jestem aseksualny.
- A...? - Lily zamrugała.
- Aseksualny, tak. To znaczy, że nie gustuje ani w dziewczynach, ani w chłopakach - wyjaśnił Syriusz, odwracając się do Lily. - Powiesz jej? - zwrócił się do Rafaela.
Chłopak skinął głową.
- Chcę iść do seminarium po szkole - powiedział prawie beztroskim tonem.
- Do...?
- Seminarium. Chcę być księdzem.
- Och...
Lily opadła na krzesło. Czuła niewyjaśnioną ulgę. Syriusz i Rafael nie są...
nimi. Rafael chce być księdzem? Cóż, to nawet pasuje - biorąc pod uwagę wszystkie te rozmowy o Bogu, które z nim prowadziła... I tę książeczkę, którą od niego dostała...
- Mogłam się domyślić - podsumowała swoje rozmyślania. - Przecież tyle mi mówiłeś o twoim Bogu...
- Mogłaś - przyznał Rafael. - Ale wcale nie musiałaś. Ilu znasz czarodziejskich księży, co?
Lily skrzywiła się.
- Ani jednego.
- No właśnie. Powołanie kapłańskie nie jest częste u czarodziejów. W całym czarodziejskim świecie nie istnieje ani jedno seminarium czy zakon...
- Więc... masz zamiar iść do mugolskiego seminarium?
- Nie mam wyboru - westchnął Rafael. - Ale wiesz, księża czarodziejscy po opuszczeniu seminarium znikają tajemniczo z mugolskiego świata...
- I pojawiają się w kościołach czarodziejskich? - domyśliła się Lily.
- Dokładnie. Chociaż... kilkoro czarodziejów zajmuje wysokie funkcje w Watykanie.
Lily zmarszczyła brwi.
- Jak to możliwe?
- Nie sądzisz chyba, że papież jest trzymany w nieświadomości? - odparł pytaniem Rafael. - Każdy nowy papież dowiaduje się o istnieniu czarodziejskiego świata, tak jak na przykład królowa albo premier czy prezydent w krajach, gdzie ten urząd istnieje...
- No tak, to w sumie logiczne - przyznała Lily po namyśle. - Ale czemu więc kościół mugolski wciąż neguje istnienie naszego świata?
- A jak sobie to wyobrażasz? - Rafael roześmiał się krótko. - Po stuleciach wmawiania ludziom, że magia nie istnieje, po Inkwizycji i w ogóle... mieliby tak po prostu oznajmić, ze się mylili i że magia faktycznie istnieje? Poza tym to lepiej dla nas. W końcu chcemy pozostać ukryci przed mugolami...
- No tak. - Lily westchnęła. - Nie pomyślałam o tym.
*
13 listopada 2014 roku - sobota. Godzina 23:20.
Boję się.
Boję się przyszłości. Tej bliskiej - i tej dalekiej. Boję się samotności, boję się tego, że już zawsze będę musiała sobie radzić sama. Jestem tylko dzieckiem, ale życie zmusiło mnie do udawania, że dorosłam i dojrzałam. Nieprawda. Wciąż nie wiem, co robić. Boję się i chcę tylko... chce tylko do mamy. Ale ona nie żyje. Nie żyje...
I Hermiona też umrze. Jutro upływa termin ultimatum, które puryfikatorzy postawili Ministerstwu. Ministerstwo otrzymało listę więźniów do zwolnienia, ale nie zgodziło się na żadne współdziałanie. Oczywiście. Nie mogli się zgodzić. Nie można ulegać terrorystom... bo jeśli raz się ulegnie, wszystko przepadnie.
Caspian chodzi po szkole jak nieprzytomny. Nie wiem, co mam mu powiedzieć. Nie wiem, co mu powiem jutro, kiedy nadejdzie wiadomość, że jego matka nie żyje... Nie pamiętam, co do mnie mówiono, kiedy dowiedziałam się o rodzicach. Chyba byłam w szoku. Przez kilka dni czułam się całkiem pusta, jakbym ja tez umarła, a tylko moje ciało chodziło jeszcze po ziemi. Nie wiem, czy w ogóle jest sens mówić cokolwiek w takiej sytuacji. "Przykro mi" nie jest wystarczające. Żadne słowa nie są wystarczające.
Ten tydzień był koszmarem. Sprawa Hermiony wisiała nad nami jak miecz damoklesowy, zdawała się zatruwać wszelkie rozmowy i myśli. W Gryffindorze nikt nie śmiał się śmiać. Weasleyów obchodzono na palcach. W innych domach mniej jest to widoczne.
Przez te trzy dni, od rozmowy z Johnem, przyglądałam się uważnie zachowaniu Cassii. Nie zauważyłam, żeby miała jakieś... zamiary wobec mnie. Zachowywała się zwyczajnie - jak Cassia. Moja przyjaciółka. Poczułam się lepiej, choć z początku było mi przy niej niezręcznie. Minęło.
Cieszę się, że sytuacja z Rafaelem i Syriuszem się wyjaśniła. Już nie muszę się zastanawiać, co robią sami, kiedy znikają, wiem, że kiedy mówią, że idą odrobić zadanie na Opiekę, to idą odrobić zadanie na Opiekę. Nie interesują mnie plotki. Jest mi z nimi i z Cassia dobrze i bezpiecznie. Nie zamierzam z tego rezygnować.
Robimy Eliksir Animagii. Wyszła mi poprawność 90%. To nadal nieźle, ale jeśli dajel będzie się zmniejszać, może być niebezpiecznie.
Jimmy napisał do mnie. Pyta mnie w liście, czy wiem, co się dzieje, bo "ciocia Hermiąna znikła, a wujek Ron hodzi znerwany i kżyczy na mie i na Dżini". Odpisałam, że ciocia Hermiona ma kłopoty, a wujek Ron próbuje ją z nich wyciągnąć. Nie napisałam, że Hermiona niedługo wróci. Nie wierzę, by wróciła.
Boję się. Kto będzie następny? Co można zrobić? Czy ja mogę coś zrobić? Jak, skoro jestem tylko zwykłą piętnastolatką?
Strach nigdy nie był uczuciem, które czułam często. Jestem w końcu Gryfonką, odważną i tak dalej. Rzadko odczuwałam strach.
Teraz nie czuję nic innego. Tylko strach i pustka. Nie ma już we mnie nawet gniewu.
Tylko strach.
Boję się.
----
Wróciłam! Jak widać. Wróciłam z nowym fragmentem mojej opowieści. Co więcej - jest to ostatni fragment Części II opowiadania, zabieram się więc do pisania Części III! Dwie piąte, a właściwie trzy siódme, jeśli wliczać prolog i epilog, już za mną :) I za Wami! Podziwiam, że chciało Wam się doczytać do tego miejsca :) Dziękuję Wam - za komentarze i motywowanie, za ukazywanie błędów i niejasności. Dziękuję za czytanie. Mam nadzieję, że to nie koniec naszej wędrówki :)
I jeszcze kilka spraw.
Uwaga: to opowiadanie samo w sobie jest po części alternatywą, ale po publikacji siódmego tomu, stało się całkowicie niekanoniczne. Proszę więc zapomnieć o istnieniu Deathly Hallows i traktować to opowiadanie jako alternatywę dla tomów 1-6.
Opowiadanie nie zawiera żadnych spoilerów, ale w dalszych częściach pojawi się wątek yuri (femmeslash), choć pokazany tylko jako związek uczuciowy (no, może jakiś mały pocałunek będzie, ale nic więcej). Ostrzegałam.
Jeszcze wyjaśnienie w związku z moją małą wpadką, dotyczącą animagii. Wedle kanonu, czarodziej-animag zmienia się w zwierzę, które odzwierciedla najlepiej jego wnętrze, jego osobowość, zalety i wady. W mojej historii Ryszard Skrzydelski przemienia się w trzy różne zwierzęta, a Amelia Lee - w dwa. Macie do wyboru: możecie przyjąć, że to kolejne odstępstwo od kanonu (wszak to, mniej lub więcej, alternatywa - sama obecność Amelii w życiu Harry'ego na to wskazuje...) lub uznać, co ja osobiście preferuję, że ludzie są bardzo skomplikowanymi istotami i ich psychiczność może się ujawniać na wielu płaszczyznach i na wiele sposobów, dlatego niektórzy są w stanie przybrać więcej niż jedną formę animagiczną.
Zapraszam do komentowania :) Pamiętajcie - komentarze karmią Wena!
Napisała Chauve-Souris dnia czwartek, 27 września 2007 o godzinie 22:41:26komentarze [7]Część 00 Wróciłam z Francji. Było ciężko, ale przeżyłam. Dziękuję za wszystkie komentarze i obiecuję zabrać się do pracy, jak tylko choć trochę nadrobię netowe zaległości ;) Tymczasem zapraszam na Requiem, gdzie lada moment pojawi się kolejna część opowiadania.
pozdrawiam,
Nietoperek.
Napisała Chauve-Souris dnia wtorek, 4 września 2007 o godzinie 23:06:16komentarze [2]Część 25 *
- Wolałabym nie mieć racji - powiedziała Lily gorzko w kilka godzin później. Ona, Syriusz, Rafael i Cassia siedzieli w Pokoju Życzeń, pilnując Eliksiru Animagii i rozmawiając - po raz pierwszy w czwórkę, wszyscy razem.
- To, co się dzieje za bardzo przypomina mi opowieści mojego ojca... - kontynuowała Lily. - Nie chcę, by to się powtórzyło. Nie chcę przeżywać tego, co tak bardzo zraniło mojego tatę.
- Wiem, Lily - powiedziała łagodnie Cassia. - Nikt tego nie chce.
- Może nie będzie tak źle - powiedział bez przekonania Rafael. - Może oni tylko tak straszą...
Lily potrząsnęła głową.
- Sam nie wierzysz w to, co mówisz.
- Nie trać nadziei - powiedział cicho Syriusz. - Nie wolno tracić nadziei. Nigdy.
Lily wzruszyła ramionami. Nie widziała sposobu, w jaki ktokolwiek mógłby uratować Hermionę. Co gorsza, czuła się winna temu porwaniu... spotkała ją na chwilę przed jej zniknięciem. Gdyby ją zatrzymała... albo odwrotnie, gdyby jej nie zatrzymywała... Mogła coś zrobić, jakoś temu zapobiec... powiedzieć komuś o swoich podejrzeniach. Nie zrobiła nic.
- To nie twoja wina - powiedział Syriusz, jakby czytając jej w myślach. - To niczyja wina... poza porywaczami. Armia Wyzwolicieli Krwi. Ależ sobie nazwę znaleźli!
- Grupy terrorystyczne zawsze mają wyraz "armia" w nazwie - wyjaśniła Lily. - Oni siebie nie uważają za terrorystów, tylko rewolucjonistów. Walczą w, według nich, słusznej sprawie... chcą zmienić świat.
- A właściwie to skąd ty tyle o tym wiesz, co? - zapytał Rafael, marszcząc brwi.
Lily uśmiechnęła się gorzko.
- Zapominasz, czyją jestem córką. Moja mama miała mnóstwo problemów z mugolskim terroryzmem, wielokrotnie prosiła tatę o wsparcie w walce z nimi... Dużo się u nas mówiło o terroryzmie, mimo że rodzice starali się nie przynosić do domu problemów z pracy.
- Moja mama mówi, że to ogromny problem dla mugolskich sił porządkowych - odezwała się Cassia. - Zwłaszcza terroryzm religijny, bo politycznego już prawie nie ma.
Lily pokiwała głową.
- Wielka Brytania jest jednym z krajów najbardziej doświadczonych w walce z terroryzmem. Przez lata zmagaliśmy się z IRA, INLA, UVF i innymi grupami terrorystycznymi Irlandii Północnej. Teraz już tego nie ma, oni złożyli broń jakoś niedługo po rozpoczęciu Drugiej Wojny Śmierciożerczej, ale z kolei na całym świecie rozpoczęły się walki ekstremistycznych islamskich ugrupowań, takich jak słynna Al-Kaida, Czarny Wrzesień czy Islamski Dżihad... My świętowaliśmy pokonanie Voldemorta, a oni już szykowali zamach, który zabił w Nowym Jorku prawie trzy tysiące osób... i od tego zaczęła się ich wojna z terroryzmem, która trwa do dzisiaj.
1
Przez chwilę panowało milczenie.
- I teraz my mamy ten sam problem - powiedział Rafael po kilku minutach ciszy. - I obawiam się, że dysponujemy większymi możliwościami, niż mugole...
Lily pokręciła głową.
- Nie lekceważ mugoli. Oni znają sposoby na zabicie kilku tysięcy, ba, nawet milionów ludzi za jednym razem...
Rafael uniósł brwi.
- Niby jak?
- Mają bomby atomowe i wodorowe, mają broń biologiczną i chemiczną, mają rakiety i torpedy... Mają taką broń, o jakiej czarodziejom się nie śniło. I już z niej korzystali - przypomniała.
- Nie rozumiem.
- Och, Rafael! - zirytowała się Lily. - Czy ty w ogóle nie znasz historii?
Rafael szerzej otworzył oczy.
- A co ma z tym wspólnego historia?!
- Druga wojna światowa - domyślił się Syriusz.
- Tak - przytaknęła Lily. - Czy zdajesz sobie, Rafaelu, sprawę z tego, że w drugiej wojnie światowej zginęło ponad pięćdziesiąt milionów ludzi?
- Ile?!
- Pięćdziesiąt milionów! A zginęłoby pewnie dwa razy tyle, gdyby nie pomoc czarodziejów. Czy wiesz, ilu ludzi zginęło od dwóch bomb atomowych, które Amerykanie zrzucili na Hiroshimę i Nagasaki w Japonii? Sto sześćdziesiąt tysięcy! A dwa razy tyle zostało rannych i napromieniowanych.
Rafael milczał, zszokowany.
- Masz bardzo dokładne informacje - zauważyła przytomnie Cassia.
- Tłukli mi to do głowy przez całe dzieciństwo - prychnęła Lily. - Zanim trafiłam do Hogwartu chodziłam do mugolskiej szkoły. To wiedza dość powszechna w mugolskim świecie, chociaż ja wiem trochę więcej, niż przeciętny Brytyjczyk, bo się tym interesowałam.
- Sto sześćdziesiąt tysięcy ludzi...? - powtórzył Rafael, nadal w szoku. - Sto sześćdziesiąt tysięcy? Naraz?
- Na dwa razy. To były dwie bomby.
- Jak człowiek mógł coś takiego zrobić?
- Ludzie tacy są, Rafael - powiedziała Lily, wzdychając. - Ci mieli przynajmniej lekką śmierć. Chwila, moment... i już ich nie ma. Pomyśl o tych, którzy ginęli w niemieckich obozach koncentracyjnych. Tylko w Auschwitz zginęło ponad milion ludzi. Pomyśl o sześciu milionach Żydów, zamordowanych tylko dlatego, że nie podobali się Hitlerowi!
2
- Sześciu... sześciu milionach...? - powtórzył słabo Rafael. - Kto mógł zrobić coś takiego...?
- Ludzie. Tylko ludzie, Rafaelu.
1 IRA - Irish Republican Army, Irlandzka Armia Republikańska, kiedyś walcząca o niepodległość Irlandii, później o włączenie terytorium Irlandii Północnej, tzw. Ulsteru do Republiki Irlandii. Organizacja maoistowska. Najbardziej znane jest Skrzydło Tymczasowych IRA, PIRA (Provisional IRA), czyli tzw. Provos, które dokonało wielu zamachów terrorystycznych na terenie Wielkiej Brytanii w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych (jak choćby zamach z 27 sierpnia 1979, kiedy zginął lord Louis Mountbatten, ostatni wicekról Indii, oraz 18 żołnierzy brytyjskich). IRA jest związana z Sinn Feinn, irlandzką nacjonalistyczną partią polityczną. Zarówno Oficjalna IRA (Official IRA), jak i Skrzydło Tymczasowe złożyli broń po porozumieniu wielkopiątkowym, które miało miejsce 10 kwietnia 1998 roku. Do dziś działa Prawdziwa IRA, RIRA (Real IRA), ale w bardzo ograniczonym zakresie, gdyż nie ma już ani środków, ani społecznego poparcia.
INLA - Irish National Liberation Army, Irlandzka Armia Narodowo-Wyzwoleńcza, organizacja paramilitarna o republikańsko-marksistowskiej ideologii, odpowiedzialna za kilka ataków terrorystycznych w Wielkiej Brytanii i, podobnie jak IRA, dążąca do przyłączenia Ulsteru do Republiki Irlandii. INLA złożyła broń kilka miesięcy po porozumieniu wielkopiątkowym.
UVF - Ulster Volunteer Force, Oddziały Ochotników z Ulsteru, protestancka (w odróżnieniu od IRA i INLA, które są katolickie) organizacja paramilitarna, działająca do dzisiaj, organizująca w Irlandii Północnej ataki terrorystyczne wymierzone w katolików z Ulsteru.
Czarny Wrzesień - radykalne palestyńskie ugrupowanie terrorystyczne, odpowiedzialne m.in. za masakrę w Monachium w 1972 roku, kiedy podczas Igrzysk Olimpijskich zginęło 11 izraelskich sportowców.
Islamski Dżihad - islamska organizacja terrorystyczna, mająca swą siedzibę w Damaszku (stolica Syrii). Terminem tym określa się też czasem grupy Palestyński Islamski Dżihad i Egipski Islamski Dżihad. "Dżihad" po arabsku oznacza (upraszczając) "święta wojna".
"...oni już szykowali zamach, który zabił w Nowym Jorku prawie trzy tysiące osób" - chodzi oczywiście o Al-Kaidę i zamach z 11 września 2001 roku, w którym zginęło łącznie (w World Trade Center, Pentagonie i 4 samolotach linii American i United) 2 973 osoby (24 osoby wciąż uważa się za zaginione).
Dane za:
wikpedia.
2 Lily ma dość precyzyjne informacje. Faktycznie, liczbę ofiar II wojny światowej szacuje się na około 55 240 000 cywilów i żołnierzy. W Hiroshimie bomba atomowa
Little Boy zabiła natychmiast 78 100 ludzi, raniła 37 424 (13 983 osoby uznano za zaginione). W Nagasaki przez bombę
Fat Man zginęło około 74 000 ludzi i 75 000 zostało zranionych. W obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau zginęło 1 100 000 ludzi (według najnowszych źródeł; starsze źródła są sfałszowane i podają liczby wahające się od 2,5 mln do 4 mln, czasem nawet więcej, twierdząc jednocześnie, że więźniami Auschwitz-Birkenau byli tylko Polacy, podczas gdy przeważającą ich część stanowili Żydzi; nieścisłości te są konsekwencją radzieckiej indoktrynacji oraz fałszowania historii przez władze komunistyczne). Jeśli chodzi o liczbę Żydów, zgładzonych w ramach Holocaustu, jest ona nieprecyzyjna i w tej chwili już niemożliwa do ustalenia; szacuje się, że ofiar żydowskich było 5-6 milionów.
Dane za:
wikpedia i
oficjalna strona miasta Nagasaki.
*
Szkoła była hałaśliwa. Uczniowie zbijali się w grupki i dyskutowali zawzięcie; nie było już nikogo, kto nie zapoznałby się z informacjami w
Proroku. Nie szeptano; rozmowy odbywały się głośno i wyraźnie były obliczone jako swego rodzaju prowokacje dla nauczycieli, Weasleyów, Lupina Juniora i Lily, czyli wszystkich, którzy - wedle panującej w szkole opinii - mogli coś wiedzieć. Było to bardzo irytujące dla Lily i Syriusza, a musiało być bolesne dla Weasleyów, zwłaszcza dla Caspiana. Efekt był taki, że nauczyciele starali się przebywać w swoich gabinetach lub pokoju nauczycielskim, a Lily, Syriusz i cała Weasleyowska hałastra schronili się w pokoju wspólnym Gryffindoru, gdzie było ciszej i zdecydowanie spokojniej. Każdy Hogwartczyk wiedział, kim była i co zrobiła Hermiona Weasley, ale w świadomości Gryfonów była ona kimś szczególnym, częściowo dlatego, że niegdyś należała do domu Gryffindora, a częściowo dlatego, że była Weasleyem.
Weasleyowie, Lily, Syriusz, Rafael, Nelly Longbottom i Wilbert Sykes (z którym Amanda Weasley była zaręczona) siedzieli więc w pokoju wspólnym Gryffindoru, okupowali najlepsze miejsca przy kominku i milczeli zgodnie, od czasu do czasu wymieniając jakieś uwagi. Brakowało tylko Caspiana, który poszedł bardzo wcześnie spać.
- Mam nadzieję, że Caspian nie zamierza robić niczego głupiego - odezwała się Amanda po wyjątkowo długiej ciszy. Siedziała na ziemi, opierając głowę na kolanach Wilberta, który, jakby mimochodem, gładził ją po włosach. Lily poczuła ukłucie zazdrości. Amanda i Wilbert zaczęli się sobą wzajem interesować już w trzeciej klasie, przynajmniej takie chodziły plotki. Zapytana o to, Amanda tylko uśmiechnęła się tajemniczo i powiedziała, co Lily od dawna wiedziała, że ona i Wilbert są ze sobą od piątej klasy. W te wakacje Wilbert poprosił ją o rękę, a Amanda zgodziła się bez namysłu, chociaż potem narzeczeni ustalili, że ze ślubem poczekają, aż się trochę ustatkują. Było wiadomym, że Wilbert zamierza dostać się do Ministerstwa (w czym wydatnie mógł pomóc mu ojciec Amandy, Percy Weasley, który był Rzecznikiem Ministerstwa, oraz matka, Penelopa Weasley, szefowa Urzędu Międzynarodowego Prawa Czarodziejów), zaś Amanda - podobnie jak Lily, choć ta druga się do tego nie przyznawała - chce zostać Uzdrowicielką.
- Nie sądzę - orzekł Yves. - Jest dosyć spokojny...
Lily potrząsnęła głową, ale Alicja ją ubiegła.
- Tak się tylko wydaje - powiedziała, marszcząc brwi. - Zdaje się, że w ogóle go nie znasz, Yves. Caspian wszystko zatrzymuje w sobie i nie pokazuje, co czuje naprawdę. On tak... kumuluje wszystko w sobie.
- Tylko kiedyś wybuchnie - dodała Lily. - Jest jak kubek, do którego ktoś wciąż nalewa wody. Kiedyś się przeleje...
- I tego się boję - przytaknęła Amanda. - Kiedy Caspian wybuchnie... może zrobić coś głupiego.
- Trzeba go więc powstrzymać - powiedziała Patricia.
Jej brat-bliźniak prychnął cicho.
- Niby jak chcesz to zrobić? Śledzić go, gdziekolwiek pójdzie?
- Nie wiem - przyznała Patsy. - Ale chyba da się coś wymyślić...?
- To nie pomoże. - Alicja potrząsnęła głową. - Tylko dolejemy oliwy do ognia.
- Niezbyt wiele możemy zrobić - zauważyła Nelly Longbottom. - Caspian jest... jakby to określić...
- Osobowością zbyt introwertyczną, by wysłuchać czyichkolwiek rad lub prób pocieszenia - dokończył Wilbert Sykes. - Słuchajcie, nie ma co strzępić języków. Trzeba czekać. No, chyba że ma ktoś jakieś informacje z frontu.
Wilbert spojrzał znacząco na Lily, co zresztą uczynili wszyscy obecni.
- No co? - spytała Lily.
- Zdaje się, że to ty przewidziałaś, co się wydarzy - przypomniał jej Patrick. - Nie pamiętasz?
- Nic nie przewidziałam - zezłościła się Lily. - Po prostu zebrałam dostępne informacje i złożyłam do kupy!
- Wniosek z tego taki, że albo byłaś jedyną, która to zrobiła - wtrąciła Patsy - albo masz więcej informacji. Jedno z dwojga.
Lily prychnęła cicho.
- Może i mam - powiedziała, już spokojniej. - Ja po prostu staram się dowiedzieć, kto zabił moich rodziców.
- No cóż, teraz znamy odpowiedź, prawda? - Patsy wzruszyła ramionami. - Armia Wyzwolicieli Krwi, czy jak tam oni się zwą...
- A co na to Ministerstwo? - zapytał cicho Rafael. - Oni chyba nie wiążą wszystkich tych wydarzeń?
- Nie wykluczają takiej możliwości - odpowiedziała Amanda. - Tata mówił, że Ministerstwo zbada wszelkie możliwe powiązania, aczkolwiek nie jest skłonne z punktu przypisać wszystkie zbrodnie tej całej Armii.
- Czytałam o tym. - Lily skinęła głową. - Moim zdaniem jednak to wszystko sprawka właśnie Armii Wyzwolicieli Krwi.
- Dlaczego tak uważasz? - zapytał Wilbert. - Nie, żebym w to nie wierzył, ale chciałbym znać podstawy twojego osądu.
- Zastanówmy się - powiedziała Lily, wstając. - Co wiemy? Mamy organizację, zwącą się Armią Wyzwolicieli Krwi. Armia ta porywa Ministra Magii oraz grozi jej śmiercią, by zdobyć własne cele. Twierdzi, że nie zawaha się jej zabić, a sądząc po dotychczasowych działaniach, jest to grupa profesjonalistów, więc można im wierzyć. Profesjonaliści zawsze robią to, co obiecują.
- Dlaczego sądzisz, że to profesjonaliści? - zdziwił się George. - Przecież to jacyś pieprzeni neośmierciożercy!
- Dojdę do tego, spokojnie - odparła Lily, zaczynając chodzić tam i z powrotem. - Zachowują się jak profesjonaliści. Nikt nie wie, gdzie i w jakich okolicznościach zniknęła Hermiona, nikt nie widział żadnych twarzy, postaci, nic. Uważam za prawdopodobne... ale to tylko przypuszczenie... że przechwycili ją w trakcie skoku.
- Przecież to niemożliwe! - zaprotestowała Amanda. - Nie można...
- Można - przerwała jej Lily. - Ojciec mi o tym opowiadał. Nie wiem, jak to działa, ale w ten sposób przechwycono Ginny Weasley... chociaż nie wiem do końca, w jakich okolicznościach. - Lily zerknęła na Alicję, ale Ślizgonka była spokojna. - Ale wracając do meritum: co jeszcze świadczy o profesjonalizmie Armii? Przekazali swoje żądania na czysto, nikt nie jest w stanie ich wyśledzić. Zadzwonili na mugolską linię telefoniczną, podłączoną w Ministerstwie. Dzwonili z budki telefonicznej w samym City, w Londynie. Nikt nikogo nie widział, nikogo nie pamiętał. Robota na czysto.
- No dobrze - przytaknął Wilbert. - I co dalej? Mamy profesjonalną Amię, porwanie Hermiony i polityczne żądania.
- Tak, ale uważam za ważne, żeby podkreślić: to nie było porwanie Hermiony Weasley. To było porwanie Minister Magiii.
- A co to za różnica? - zapytała Nelly.
Odpowiedział jej Syriusz.
- Hermiona jest osobą prywatną. Profesjonaliści nie działają dla prywaty. Ich motywacja jest ideologiczna, chcą osiągnąć pewne założone sobie cele polityczne. Do tego nadaje się Minister Magii, bohaterka wojenna, ale nie zwykła kobieta, matka dwojga dzieci.
- Tak. - Lily pokiwała głową. - Przejdźmy dalej. Co mamy? Śmierć Premiera i Ministra Magii. Co mogłoby zmotywować Armię do tego morderstwa?
Alicja zmarszczyła brwi.
- To też bohaterowie wojenni, ważni politycy... mogliby ich użyć, ale tego nie zrobili - przypomniała.
- Właśnie! - przytaknęła Lily. - Dlaczego? Uważam, że ta cała Armia widziała w moich rodzicach wrogów na tyle niebezpiecznych, że chcieli się ich pozbyć natychmiast. Nie jest dobrze, gdy władza jest silna, wtedy trudno cokolwiek wynegocjować. Dlatego ich... wyeliminowali. - Lily skrzywiła się. Wciąż niełatwo było o tym mówić. - Idąc tym tropem dalej, dlaczego zamordowali Thomasów? Być może chcieli mieć w Ministerstwie kogoś, kto byłby w stanie powstrzymać Aurorów lub przynajmniej opóźnić działanie sił porządku. Szef Departamentu Magicznych Katastrof jest zawsze pierwszy na miejscu, więc łatwo mu też zatuszować pewne sprawy. Wiadomo, że Dean Thomas był lojalny wobec Ministerstwa, a jeszcze bardziej wobec Hermiony, w końcu byli przyjaciółmi i razem walczyli w Drugiej Wojnie Śmierciożerczej. Ale Armia miała asa w rękawie, kartę przetargową, której, byli pewni, Dean Thomas nie zlekceważy. Sybilla, malutka córeczka Thomasów. Jestem pewna, że Dean Thomas nie zgodził się na żadne propozycje Armii, nawet kiedy torturowali jego żonę i córkę. Był lojalny do końca i zginął jak bohater.
Przez chwilę panowało pełne zadumy milczenie.
- No dobrze. - Pierwszy ocknął się Pat. - A jak wyjaśnić te zniknięcia?
- Och, to łatwe - uśmiechnęła się Lily. Nie był to radosny uśmiech. - Każda Armia musi mieć członków, im więcej, tym lepiej. Podejrzewam więc, że to była swego rodzaju rekrutacja. Pokusy, groźby, perswazja... jest wiele sposób, by przekonać kogoś do przejścia na twoją stronę, jeśli tylko masz wystarczająco dużo środków i czasu. Najlepiej, oczywiście, zarazić ideologią, ale nie zawsze się da...
- Uparcie wracasz do ideologii - zauważył Yves. - Dlaczego?
- Cóż, ta cała Armia sama nam powiedziała, czego chce. Oprócz żądania zwolnienia więźniów politycznych z Azkabanu i Libere, politycznych weźcie w cudzysłów, sami się przyznali, do czego dążą. Jak to było? "Nazywam się Smith i jestem przedstawiciel Armii Wyzwolicieli Krwi, która dąży do oczyszczenia czarodziejskiego społeczeństwa z ludzi niegodnych, by posługiwać się Ars Magica", czy jakoś tak.
- Wniosek nasuwa się sam - powiedział Syriusz. - Ideologię to oni mają taką samą, jak Śmierciożercy.
- Pamiętaj - przypomniała Lily - że ideologia Śmierciożerców była czymś narzuconym przez Voldemorta. Była środkiem do osiągnięcia jego celów, czyli władzy i nieśmiertelności, takim opium dla mas. Wydaje mi się, że w tym wypadku możemy mówić o sytuacji odwrotnej: ideologia jest celem, zaś władza środkiem, który ma doprowadzić do jego osiągnięcia.
- Sugerujesz, że Armia będzie chciała zrobić przewrót, by wprowadzić własny system? - domyślił się Wilbert.
Lily skinęła głową.
- Tak właśnie w mugolskim świecie działają wszystkie organizacje terrorystyczne - powiedziała. - Myślę, że można powiedzieć, że ta cała Armia jest organizacją terrorystyczną, mimo że dysponują zupełnie innymi środkami, niż mugole.
Wszyscy pokiwali głowami. To było logiczne.
- Armia Wyzwolicieli Krwi - prychnęła Alicja. - Też sobie nazwę wybrali! Czysta Krew, co za brednie... od razu przypomina mi się nasza szkolna banda purystów krwi.
- Tak, ci też są takimi purystami - zgodziła się Amanda. - Chcą oczyszczenia krwi czarodziejów...
- Puryści... - Lily potrząsnęła głową. - Może raczej puryfikatorzy.
- Jakoś ta nazwa pasuje do tego, co robią - powiedział Syriusz. - Bardziej niż "Armia Wyzwolicieli Krwi".
- I jest krótsza - zauważyła Patsy. - Łatwiej wymówić.
Lily skinęła głową.
- Puryfikatorzy - powtórzyła cicho, jakby smakując to słowo i jego znaczenie. - Puryfikatorzy, cholera.
---
To ostatnia część opowiadania na jakiś czas. Co najmniej na dwa miesiące. Jutro wylatuję do Francji, wracam 29 sierpnia. Do tego czasu nie ma mnie dla nikogo i w żaden sposób nie można się ze mną skontaktować (nawet przez komórkę, bo roaming by mnie zrujnował), ale to nie znaczy, że macie nie komentować (; Komentarze jak zwykle mile widziane, zwłaszcza konstruktywne, poczytam jak wrócę. Może zresztą znajdzie się we Francji jakiś dostęp do neta, choćby na krótko? Tego nie wiem, ale z pewnością nic nowego nie napiszę nawet z dostępem, z tego prostego względu, że we Francji nie będzie polskich znaków diaktrycznych.
Z tego względu mam prośbę do oceniających, którzy być może w tym właśnie okresie zabiorą się za ocenę mojego bloga, by pomimo długiego nieaktualizowania nie wyrzucali go z kolejki. Ja nie porzucam ani nie zawieszam bloga, zwyczajnie wyjeżdżam na wakacje, to się zdarza, aczkolwiek ja wyjeżdżam na trochę dłuższy okres czasu, no i oczywiście do pracy (będę się opiekować dwójką małych dzieci, 2 i 3,5 roku). Dlatego proszę - miejcie na to wzgląd i mimo wszystko oceńcie moje opowiadanie. Cholernie zależy mi na prawdziwej krytyce.
Chyba tyle ode mnie. Żyjcie i rozmnażajcie się radośnie i bez przeszkód, do zobaczenia po wakacjach, au revoir!
Napisała Chauve-Souris dnia środa, 4 lipica 2007 o godzinie 15:16:53komentarze [11]Część 24 *
- Przepraszam za spóźnienie, straciłam poczucie czasu... - wyjąkała Lily, stając w drzwiach gabinetu Lee.
Nauczycielka obrzuciła ją bystrym spojrzeniem.
- Poczucie czasu - prychnęła cicho. - Oczywiście. Jak tam po meczu?
- Ee... - Lily wykrzywiła się. Co powiedzieć? Myśli latały po jej głowie całkiem bezładnie. - Właściwie to... nie wiem, pani profesor.
- Nie wiesz? - W głosie Lee słychać było zdumienie pomieszane z rozbawieniem.
- Nie byłam w pokoju wspólnym, pani profesor.
- Ach, tak... Ale na meczu byłaś?
- Właściwie to... nie.
Lee obserwowała ją uważnie.
- Gdzie byłaś?
- Z... z przyjaciółmi. - Było to na tyle bliskie prawdy, że Lily nie obawiała się zdemaskowania. - To chyba nie jest zabronione?
- Nie.- Lee wskazała jej w końcu krzesło. - Siadaj. Dzisiaj zajmiesz się czym innym.
- Tak, pani profesor? - Lily usiadła i spojrzała na biurko nauczycielki. Leżało na nim duże pudełko, wypełnione małymi karteczkami.
- Posegregujesz te karteczki według dat, od najstarszej do najnowszej. Daty są zawsze w lewym górnym rogu.
- Tak, pani profesor... a co to za karteczki? - zapytała Lily, wyjmując jedną z nich. W prawym górnym rogu widniała data sprzed pięćdziesięciu kilku lat.
- Meldunki operacyjne z czasów drugiej wojny światowej - wyjaśniła Lee. - Czarodzieje brali w niej aktywny udział.
"Mug. alianci zmierzają w stronę Normandii. Gen. Eisenhower prosi o oczyszczenie przedpola. Wraz z woj. alianckimi ląduje 400 Aurorów amer., bryt., pol. i Wolnej Franc, 700 czar. ochotników i 40 wyszkolonych magomed. z wszystkich sprzym. krajów."
- Lądowanie w Normandii? - zdziwiła się na głos Lily. - Nie wiedziałam, że czarodzieje brali w tym udział!
Lee uśmiechnęła się.
- Niewielu ludzi wie, jak bardzo czarodzieje przyczynili się do wygrania wojny - powiedziała. - Trzeba było przygotować specjalną wersję historii dla mugoli, oni nie mają pojęcia, że ktokolwiek im pomagał. Będziesz się o tym uczyć, chyba nawet w tym roku.
- Tak - potwierdziła Lily, przypominając sobie słowa Binnsa z pierwszej lekcji. - W drugim semestrze zaczniemy historię najnowszą. Nie wiem tylko, czy cokolwiek z tego zapamiętam...
Lee westchnęła.
- Tak, to pewien problem. Profesor Binns ma ogromną wiedzę, ale zupełnie nie potrafi jej przekazać uczniom. Mówiłam dyrektorowi Dumbledore'owi, a potem dyrektor McGonagall, że powinni zmienić nauczyciela, ale niełatwo powiedzieć komuś, kto pracuje na tym stanowisku od wieków, że ma odejść.
- Wyobrażam sobie.
Lee skinęła głową. Lily już się nie odezwała, tylko zaczęła układać karteczki. Nie mogła się powstrzymać i zamiast po prostu patrzeć na daty i wsadzać notatki w odpowiednie miejsca, czytała je zachłannie, dowiadując się wciąż nowych rzeczy.
Ciekawe, pomyślała,
kto pisał te wszystkie meldunki? Pismo nie należy do jednej osoby. Z pewnością wielu ludzi meldowało o sytuacji na froncie... ale komu? Dobre pytanie.
- Lily, nad czym się tak zamyśliłaś?
Lily wzdrygnęła się, zdając sobie sprawę, że od jakichś pięciu minut wpatruje się w notatkę, informującą o bombowym ataku Luftwaffe na Wieluń.
- Zastanawiałam się, kto komu składał te meldunki - odpowiedziała zgodnie z prawdą.
- Nie znamy wszystkich, którzy wysyłali meldunki - powiedziała Lee. - Część z nich to Aurorzy wojsk alianckich, część to szpiedzy w armii niemieckiej, a część - zwykli czarodziejscy mieszkańcy podbijanych krajów, którzy nie chcieli patrzeć biernie na to, co się działo. Było też sporo meldunków od mugolskich krewnych i przyjaciół czarodziejów, którzy zdawali sobie sprawę z istnienia naszego społeczeństwa i w nas upatrywali sojuszników. Tylko niewielki odsetek tych dzielnych ludzi zdołaliśmy odnaleźć. A to im przede wszystkim zawdzięczamy, że mogliśmy się włączyć do wojny, mugolscy przywódcy nie powiedzieliby nam nic istotnego, chociaż wiedzieli o naszym istnieniu. Nie mieli do nas zaufania. Jedynie generał Eisenhower był skłonny naprawdę z nami współpracować... - Lee westchnęła. - A jeśli chodzi o drugą część pytania, do kogo wysyłano meldunki, to odpowiedź jest prosta: do profesora Dumbledore'a. To on dowodził czarodziejskimi wojskami alianckimi. Nie wiedziałaś o tym?
Lily pokręciła przecząco głową.
- Cóż, dowiecie się tego wkrótce...
To Lily coś przypomniało.
- Pani profesor... - zaczęła niepewnie. - Kiedy spotkałyśmy się przy grobie dyrektora Dumbledore'a... powiedziała pani, że wszystkiego o nim dowiem się wkrótce. A potem... spotkałam Hermionę Weasley. - Lily nie dodała, że spotkała ją w Hogsmead. - Rozmawiałyśmy chwilę... mówiła o mojej mamie. Powiedziała, że zrozumiem wszystko wkrótce. Że wszystko zostanie wyjaśnione. O co w tym chodzi?
Lee uśmiechnęła się w dziwny sposób, jakby znała jakąś tajemnicę, którą nie chciała się podzielić. Lily uznała, że Lee ma wspaniały komplet uśmiechów na wszystkie okazje.
- To, co powiem, pewnie ci się nie spodoba... zrozumiesz wszystko wkrótce. Obiecuję.
- Nienawidzę czekać - burknęła Lily.
- Wiem. - Lee pokiwała głową. - Harry był taki sam... niecierpliwy. Wszystko chciał od razu, nie cierpiał, gdy jakaś sprawa się przeciągała... Wkurzał się potwornie.
Lily zmarszczyła brwi.
- Mówi pani o moim ojcu? On nie był taki. On był taki... - Lily przez chwilę szukała odpowiednich słów. - Spokojny. Zrównoważony. Nie wiem.
Lee westchnęła.
- Wojna zmienia ludzi - powiedziała ze smutkiem. - Twój tata otrzymał więcej ran, niż inni, podczas tej wojny... On się nauczył spokoju, cierpliwości, planowania. Nauczyło go tego życie.
Lily przyjrzała się Lee uważniej. W jej wzroku było coś takiego... jakaś nieokreślona tęsknota.
A ty, Amelio Lee?, pomyślała Lily.
Czego ciebie nauczyło życie? Jakich ran doznałaś podczas wojny?
Nigdy nie odważyłaby się zadać takiego pytania. Przypomniały jej się słowa Lee, kiedy rozmawiała z Lupinem, a Lily ich podsłuchiwała. "Nie mogłam tego znieść. Nie po tym, jak Voldemort zginął. Nie mogłam na nich patrzeć. Musiałam wyjechać, inaczej skończyłabym w psychiatryku. A teraz... Zgodziłam się wrócić zanim to wszystko się zaczęło. Miałam nadzieję, że najcięższym przeżyciem, jakie mnie czeka będzie oglądanie Lily i spotykanie czasem Harry'ego i Rayli..." A potem pełne goryczy słowa Lupina: "Kolejni, którzy odeszli." I ripostę Lee: "Których nam zabrano."
Ile śmierci oglądała ta dwójka? Jak wielu straciła przyjaciół, bliskich? Co naprawdę zdarzyło się podczas tych kilku lat Drugiej Wojny Śmierciożerczej? Było tak wiele pytań... i żadnych odpowiedzi.
- Myślę, że możesz już skończyć, Lily - powiedziała Lee. - Przyjdź jutro na ostatni szlaban.
- Dziękuję, pani profesor - odparła Lily, wstając i wychodząc. W głowie wciąż wirowały jej setki myśli.
*
14 listopada 2014 roku - niedziela. Godzina 13:20.
Dowiedziałam się, kim jest ten siódmoklasista ze Slytherinu. Kiedy to usłyszałam, mało nie upadłam z wrażenia.
- Kim jest ten kasztanowłosy, ten obok Macnaira? - zapytałam Syriusza przy śniadaniu. Syriusz spojrzał i zmarszczył brwi. Jego twarz pociemniała, jakby była niebem, zasnutym chmurami.
- To Romulus Greyback - powiedział (i w tym momencie mało nie spałam z ławy). - Najmłodszy syn Fenrira Greybacka.
- Boże... - szepnęłam. - I pozwolili mu się tu uczyć?!
- A dlaczego mieli nie pozwolić? - zapytał Syriusz. - Przypadek mojego ojca stworzył precedens, a teraz, kiedy jest Eliksir Tojadowy, nie ma potrzeby ukrywania wilkołaków do tego stopnia, jak ukrywano mojego ojca...
- Ale przecież... to Greyback! Syn kompletnego wariata!
Syriusz zmarszczył brwi.
- I tylko z tego powodu, że jest jego synem, chcesz zabronić mu się tu uczyć?
Otworzyłam usta i... nie powiedziałam nic. Syriusz miał przecież rację. To, że ktoś jest czyimś dzieckiem, nie powinno mieć znaczenia w osądzaniu go... nieświadomie zachowałam się dokładnie, jak Rilla. I reszta społeczeństwa.
- Przepraszam - powiedziałam, zawstydzona. Syriusz tylko skinął głową i wrócił do śniadania.
Przez cały dzień byłam w szoku. Podwójnym, bo raz, że dowiedziałam się, kim jest ten, który mi groził (i nagle jego groźba nabrała całkiem innego wymiaru), a wiedza ta okazała się bardzo nieprzyjemna, a dwa, że ja mogłam się w ten sposób zachować. Zawsze przecież walczyłam ze stereotypami, z uprzedzeniami... Sama jestem ofiarą uprzedzeń i myślenia o dzieciach w taki sam sposób, jak o rodzicach. Ale tak myśli większość społeczeństwa. I cały Hogwart. Gryfoni uważają wszystkich Ślizgonów za przebiegłe małe żmije, a Ślizgoni Gryfonów za ryzykanckich idiotów. Wzajemna niechęć jest przysłowiowa. Mówi się przecież "Lubić się jak Gryfon ze Ślizgonem".
Romulus Grayback. Słyszałam o nim, a jakże. Mówiło się, że jest wilkołakiem, że jak tylko się urodził, ojciec go ugryzł (w co akurat nie wierzyłam; niemowlę nie przeżyłoby ugryzienia wilkołaka. Bardzo możliwe, że został "zarażony" jako kilkuletnie dziecko, ale na pewno nie tuż po urodzeniu!), że jest tak samo szalony i okrutny, jak ojciec. Fenrir Greyback zginął w Ostatniej Bitwie, pierwszego kwietnia 2001 roku. Miał troje dzieci, każde z inną kobietą, przy czym w momencie jego śmierci, najstarszy syn miał jakieś czterdzieści kilka lat, córka niecałe trzydzieści (zdaje się, że wyszła z Hogwartu tuż przed tym, jak mój tata tam trafił), młodszy syn piętnaście (ten z kolei poszedł do Hogwartu w 1997, czyli mój tata byłby wtedy na siódmym roku, ale odszedł po szóstym), a najmłodszy - cztery. Wiem to wszystko, bo podsłuchałam kiedyś rozmowę taty z Lupinem. Cóż, nigdy nie byłam grzecznym dzieckiem.
Romulus Greyback. Wiedziałam, że jest w Hogwarcie, w Slytherini na siódmym roku, ale nie miałam pojęcia, że ten przystojny kasztanowłosy chłopak to on! Spodziewałam się raczej jakiegoś... no, kogoś innego. A tu niespodzianka. Co tylko potwierdza, że nie powinno się oceniać ludzi po pozorach.
Najgorsze zaś jest to, że zaczynam się tego człowieka bać. Nie jego wilkołactwa. Po prostu jego...
Cóż, jest więc w szkole Remus (Lupin) i Romulus (Greyback). Może założą jakieś miasto? Nie są jednak braćmi, ale... w pewien pokrętny sposób są spokrewnieni.
Z innych wiadomości: eliksir na razie nam się udaje. W odpowiednich momentach dodajemy odpowiednie składniki i do tej pory wszystko wychodzi. Sprawdziłam półprodukt (albo raczej ćwierćprodukt) papierkiem lakmusowym i wyszło 94% poprawności. To niezły wynik, jak sądzę, ale na razie nie doszliśmy do najtrudniejszego momentu. Wtedy będzie potrzebny nie tylko cały nasz kunszt alchemiczny, ale i błogosławieństwo wszystkich bóstw.
Cassia obiecała mi, że nam pomoże, kiedy będziemy potrzebowali więcej rąk do pracy. Kochana Cassia. Coraz lepiej się z nią rozumiem. Lubię jej towarzystwo. Ona jest taka... och, nie wiem, jak mam to nazwać. Po prostu dobrze mi, gdy przebywam z nią.
Hermiona nie dała znaku życia. Teraz już nikt nie ma wątpliwości - została porwana, a może już zabita i jej ciało porzucono gdzieś w rowie? Caspian chodzi po szkole i udaje hardego, ale twarz ma smutną, kiedy sądzi, że nikt go nie widzi. Jest w nim pewna determinacja, która mnie niepokoi. Bierze się z gniewu. Za dużo w nim złości i nienawiści, chęci odegrania się. Z drugiej strony... we mnie jej chyba nawet więcej. Nie umiem zapomnieć o rodzicach. Nie chcę zapomnieć. Chciałabym tylko, żeby to przestało boleć. Już nie zacinam się przy wymienianiu ich imion, potrafię mówić o ich śmierci, a nawet analizować ją chłodno. Ten chłód nie bierze się jednak z tego, że zapomniałam, albo się pogodziłam. Nigdy się z tym nie pogodzę. I nigdy nie zapomnę. To niemożliwe. Ten chłód bierze się z chęci dorwania tych drani. Chcę odnaleźć morderców moich rodziców. Muszę rozwiązać zagadkę i dlatego nie mogę sobie pozwolić na rozpacz czy zbyt emocjonalne podejście. To nie byłoby profesjonalne. Tylko chłodne podejście do tej sprawy może pomóc mi ją rozwiązać. Dokonam tego. Wiem to. Muszę.
Problem polega na tym, że jestem tylko piętnastoletnią uczennicą. I niewiele mogę zrobić.
*
Kiedy we wtorek rano Lily, Syriusz i Rafael zeszli na śniadanie, zostali zaskoczeni. Zaskoczyła ich nieobecność nauczycieli. Przy stole kadry nie było nikogo, a to do tej pory nigdy się nie zdarzyło. Wniosek nasuwał się sam: coś się działo.
- Myślisz, że coś się stało w szkole? - zapytał Rafael, kiedy usiedli przy stole. Wszyscy uczniowie szeptali, tak samo zdezorientowani i zaciekawieni. Lily potrząsnęła głową.
- Nie wiem, ale tutaj wieści szybko się rozchodzą, więc pewnie wkrótce się dowiemy.
Rafael przyznał jej rację i podniósł grzankę do ust. W tym momencie rozległ się łopot skrzydeł i do Wielkiej Sali wleciały sowy z pocztą.
Przed Lily wylądowała płomykówka z
Prorokiem Codziennym w dziobie. Lily odebrała gazetę, rozwinęła i wydała cichy okrzyk.
- Co się stało? - zapytali Rafael i Syriusz unisono.
Lily nie odpowiedziała, otworzyła tylko gazetę i przebiegła wzrokiem tekst. Potem jęknęła.
- Co jest? - zapytał natarczywiej Rafael.
Lily westchnęła i zaczęła czytać na głos.
"Dzisiaj we wczesnych godzinach rannych nasz specjalny wysłannik, Enneasz Cuffe, wziął udział w konferencji prasowej, zorganizowanej przez Rzecznika Ministerstwa Magii, Precivala Weasleya. Prócz wyżej wymienionego, wzięli w niej udział Sekretarz Ministra Magii, Draco Malfoy, Komendant Główny Kwatery Aurorów, Ronald Weasley, oraz szefowa Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, Zoe Prewett. Rzecznik Ministra rozpoczął od podziękowania dziennikarzom za zjawienie się o tej porze i bez żadnego wstępu powiadomił, że potwierdzono informację, jakoby Minister Magii, Hermiona Weasley, została uprowadza. "Dziś o północy skontaktowali się z nami porywacze pani Minister", powiedział Rzecznik. Wyjaśnił, że użyli mugolskiego telefonu, musieli więc wiedzieć, że Ministerstwo ma podłączoną linię telefoniczną z mugolami. Z porywaczami rozmawiał Sekretarz Ministra, Draco Malfoy. "Głos w słuchawce należał do mężczyzny", powiedział pan Malfoy. "Przedstawił się jako pan Smith. Oczywiście nagraliśmy całą rozmowę. Można powiedzieć, że to manifest programowy nowej grupy przestępczej. Jej celem jest oczyszczenie czarodziejskiego świata z ludzi niegodnych, by posługiwać się tą szlachetną sztuką. Innymi słowy można nazwać ich neośmierciożercami, chociaż sami ochrzcili się 'Armią Wyzwolicieli Krwi'. Otrzymacie pełny zapis nagrania rozmowy z panem Smithem. Ze względów bezpieczeństwa nie zostanie puszczone samo nagranie", zakończył Sekretarz."
- Boże... - szepnął Rafael. - Miałaś rację, Lily. Miałaś rację w stu procentach!
- Czekajcie, to nie wszystko - mruknęła Lily ponuro. - Przedrukowali zapis tej rozmowy. Posłuchajcie: "Witam, panie Malfoy. Mówi pan Smith. Jestem przedstawicielem Armii Wyzwolicieli Krwi. Moja organizacja wyznaczyła mnie, bym panu przekazał od nas wiadomości. Hermiona Weasley jest w naszych rękach, bezpieczna i nieuszkodzona. Ten stan może się jednak zmienić, jeśli Ministerstwo nie wypełni naszych żądań. Na początek macie wypuścić wszystkich więźniów politycznych z obu więzień, Azkabanu i Libere. Pełna lista ich nazwisk wkrótce zostanie dostarczona do Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Jeśli tego nie zrobicie, wasza Minister zginie. Macie pięć dni na odpowiedź."
Syriusz i Rafael milczeli. Lily też. Nie było potrzeby nic mówić. Wszystkie najgorsze prognozy się sprawdziły. Było oczywiste, że Ministerstwo się na żądania Armii Wyzwolicieli Krwi nie zgodzi. I równie jasne było to, że Hermiona zginie.
Milczeli.
---
Wróciłam z wycieczki zorganizowanej do Warszawy, która była w moim odczuciu profanacją sacrum (chodzi mi tutaj o szybkość, z jaką przemknęliśmy przez Powązki, Zamek Królewski i Muzeum Powstania Warszawskiego, w których to miejsca możnaby spędzić całe dnie i ich dobrze nie poznać), ale przynajmniej mogę powiedzieć, że byłam w stolycy. Obejrzałam "Sen Nocy Letniej" w Teatrze Narodowym ze wspaniałą obsadą: Arturem Żmijewskim, Wojciechem Malajkatem, Edytą Jungowską, Arkadiuszem Janiczakiem, Jackiem Jaroszem, Beatą Fudalej i oczywiście Zbigniewem Zamachowskim, w fenomenalnej kreacji Spodka, tkacza, który na jedną noc stał się ukochanym Tytanii. Genialne przedstawienie, zresztą na mnie zawsze przedstawienia teatralne robią wielkie wrażenie. W teatrze za każdym razem jest taka dawka emocji, jakiej nie przeżywam przy żadnym filmie w kinie, nawet na moich ukochanych Piratach. Autentyzm tego wszystkiego, kunszt aktorów, realizm... mru. Jedyny problem to cena, a ta jest zazwyczaj trzykrotnie większa, niż w kinie (w naszym chorzowskim Teatrze Rozrywki bilety kosztują średnio 45 złotych, nie wiem, ile kosztował bilet do Teatru Narodowego, zapewne odpowiednio więcej). Tak czy inaczej, kocham teatr tak, jak można kochać koncerty i uważam, że teatr ma się tak do kina, jak koncerty właśnie do płyt.
Po co to mówię? Po prostu chcę wyjaśnić, skąd mi się wziął taki kop od Wena (; Przydały sie też Wasze komentarze. Ja zawsze dostaję nagłego przypływu Wena, kiedy widzę komentarze (; Dziękuję Wam. I proszę o więcej (;
Napisała Chauve-Souris dnia poniedziałek, 25 czerwca 2007 o godzinie 22:03:10komentarze [8]Część 23 *
Informacja o zniknięciu Hermiony Weasley pojawiła się w prasie następnego dnia, jednak większość uczniów nie prenumerowała
Proroka. Wieści rozniosły się dopiero po jakimś czasie. Wieczorem, Lily była tego pewna, nie będzie już w Hogwarcie osoby, która by o tym nie wiedziała. Już teraz na korytarzach zbierały się grupki dyskutujących ze sobą uczniów.
Rafael i Syriusz znikli, Lily przelotnie zastanowiła się, czy nie byłoby warto ich poszukać. Zaraz jednak odrzuciła tę myśl. Jeśli jej przyjaciele potrzebowali prywatności, trzeba im było zapewnić możliwość jej posiadania.
Lily wyszła na błonia. Skądinąd wiedziała, że tego dnia odbywał się trening krukońskiej drużyny Quidditcha i miała nadzieję spotkać Cassię. Przeszła więc na boisko, szczelnie opatulając się płaszczem. Wiatr zacinał ostro, zimny powiew sprawiał, że oddech zamieniał się w parę. Niemal wszystkie liście opadły już z drzew, niebo było pochmurne i pogoda nie zachęcała do spacerów, a już na pewno nie do gry wysoko w powietrzu. Lily wiedziała jednak, że drużyny nie zwykły odwoływać treningów z tak błahych powodów jak ostry wiatr czy pochmurne niebo. Dopóki nie padało i było coś widać, trening miał sens.
Lily dotarła na stadion i usiadła pod wiatą dla nauczycieli, która choć trochę osłaniała od podmuchów wiatru. Nad boiskiem śmigała drużyna Krukonów. Lily wytężyła wzrok. Przed bramkami zawisła niebieska figurka Cassii. Lily nie lubiła Quidditcha, ale wychowała się w rodzinie Harry'ego Pottera i nie mogła nie znać się na tej grze choć trochę. Widziała, że Cassia jest dobrym obrońcą - przepuściła tylko jeden strzał na siedem. Po chwili rozległ się gwizdek kapitana - szukający znalazł znicza. Złapano tłuczki i włożono piłki do skrzynki, a członkowie drużyny wylądowali na ziemi i skierowali się do szatni, by się przebrać. Lily wstała i wolnym krokiem przeszła pod bramę stadionu.
- Lily! - powitał ją okrzyk Cassii. - Witaj, kochana, co tu robisz?
Cassia nie przebrała się w strój szkolny. Miała na sobie wytarte czarne dżinsy i granatowy T-shirt. Jej włosy oklapły trochę, a wisiorka i klipsów jeszcze nie zdążyła założyć. Pod pachą niosła swoją
Błyskawicę, miotłę odrobinę przestarzałą, ale wciąż dobrą.
- Widziałam, jak bronisz - odpowiedziała Lily, uśmiechając się. - Mój tata powiedziałby, że latasz jakbyś się na miotle poczęła.
Cassia roześmiała się głośno.
- Kto wie! - zachichotała. - Może tak było, nie pytałam rodziców, gdzie się poczynałam...
Teraz Lily też zaczęła się śmiać.
- To byłaby niewątpliwie ciekawa rozmowa!
- Oj, tak!
Ruszyły przez błonia, usiłując się uspokoić. Kiedy przebywały razem, nawet najdrobniejszy szczegół mógł je rozśmieszyć, a wtedy śmiały się i śmiały, i nie mogły przestać, choć potem nawet nie pamiętały, co tak bardzo je rozbawiło.
- Jak to się stało, że ćwiczyliście tuż przed meczem Gryffindor - Slytherin? - zapytała Lily jakiś czas później. Siedziały na schodach w zamku, już spokojne. Cassia powinna iść się przebrać, ale zwlekała z tym, wyraźnie przedkładając rozmowę nad estetykę wyglądu. Było to do niej podobne. Lily uśmiechnęła się na tę myśl.
- Mamy regularne treningi, nawet zbliżający się mecz innych drużyn nie może nas wyrzucić z boiska - wyjaśniła Krukonka. - Ale dość o Quidditchu, powiedz mi lepiej, co sądzisz o nowym wyczynie naszych śmierciożerczych przyjaciół?
Lily natychmiast spoważniała.
- Nie wiem, co myśleć - powiedziała z wahaniem. - Ale wydaje mi się, że to nie Śmierciożercy.
- Nie? - zdziwiła się Cassia. - Ostatnio mówiłaś co innego.
- Tak - przytaknęła Lily. - Ale ostatnio miałam... mniej informacji.
- O. A jakież to nowe informacje nabyłaś?
Lily wahała się przez chwilę.
- Zacznijmy od tego, że mam marzenie. Dwa marzenia.
- Jakie? - To pytanie było zadane bardzo delikatnie, tak, że Lily wiedziała, że nie musi odpowiadać, jeśli nie chce. Ale chciała.
- Chcę dowiedzieć się i dorwać tego, kto zabił moich rodziców.
- To zrozumiałe. - Cassia skinęła głową.
- I chcę zostać animagiem.
Krukonka spojrzała na nią bystro.
- Zapewne nie zamierzasz z tym czekać do ukończenia nauki?
Lily przytaknęła.
- Właściwie to już rozpoczęłam przygotowania... - powiedziała dość niepewnie. - Jestem na etapie eliksirów.
- Opowiedz mi o tym.
Lily westchnęła. I opowiedziała.
- I wtedy znów Filch mnie omal nie dorwał - zakończyła. - A następnego dnia zniknęła Hermiona.
Cassia zamyśliła się na dłuższą chwilę.
- Więc Lee uważa, że to nie śmierciożercy, że to jakaś inna grupa, która kiedyś już działała?
- Tak. W dodatku schemat działania tej grupy bardzo przypomina mi terroryzm.
- Tak, masz rację. Jest tylko jedna rzecz, która się nie zgadza - orzekła Cassia. - Manifest.
- Co?
- Manifest. Terroryści zawsze mają jakieś cele, jakąś swoją ideologię, nieistotne, czy polityczną czy religijną. Ogłaszają ją światu, mówią, czego chcą. Ta grupa wciąż nie dała znaku życia w mediach.
- Nie pomyślałam o tym - mruknęła Lily. - Coś w tym jest. Przyszła mi do głowy jeszcze jedna sprawa.
- Jaka?
- Wyeliminowali moich rodziców, bo im przeszkadzali. Trudno mi się postawić na miejscu terrorysty, ale myślę, że mogę to zrozumieć. Silna władza nie sprzyja negocjacjom w ich Sprawie. Przypadek Thomasów też jest dla mnie jasny. Oni go potrzebowali, a kiedy nie dał się skaptować, zabili go i jego rodzinę. Ci wszyscy ludzie, którzy zaginęli, muszą być także albo ich ofiarami, albo poplecznikami. Myślę, że oni nie działają tak, jak Śmierciożercy, nie będą porywać ludzi tylko po to, żeby ich torturować i zabijać, żeby nasycić swoją perwersyjną potrzebę okrucieństwa... to by było nieprofesjonalne. Więc musimy założyć, że zaginieni to ci, którzy również nie zgodzili się z nimi współpracować. Ale nie rozumiem przypadku Hermiony. Ona jest silną kobietą, inteligentną i utalentowaną czarownicą, więc mogliby chcieć się jej pozbyć ze stanowiska tak, jak pozbyli się mojego taty. Więc po co ją porwali? Chyba nie sądzili, że przejdzie na ich stronę? Nie wierzą chyba w syndrom sztokholmski u kogoś takiego jak Hermiona Weasley?
- Nie wiem - powiedziała Cassia, w zamyśleniu skubiąc rękaw T-shirtu. - Ale nie zapędzaj się tak daleko we wnioskach. Pamiętaj, że twoje podstawowe założenie nadal może być błędne. Może to rzeczywiście jest jakaś neośmierciożercza grupa, która działa nie według ustalonego planu, ale na oślep, jak to często robili dawni Śmierciożercy?
- Cóż, masz rację - przyznała ponuro Lily. - Wszystko, co mam, to tylko domysły, nic więcej. Poszlaki, domysły, intuicja... Żadnych dowodów, nic, co mogłoby poprzeć tę teorię.
- Nie rezygnuj z niej - poradziła Cassia, wstając. - Po prostu pamiętaj o tym, że to tylko jedna z możliwości.
- Najbardziej prawdopodobna.
- Być może - zgodziła się Krukonka. - Muszę lecieć. I ty też, niedługo masz chyba szlaban?
- Faktycznie! - zawołała Lily. - Zapomniałam. Do zobaczenia, Cassia.
- Do zobaczenia, Lily.
*
W piątek atmosfera w zamku była już bardzo gorąca. Zbliżający się mecz Gryfonów ze Ślizgonami był wystarczającym powodem do podwyższania się napięcia, a zniknięcie Minister Magii było dodatkowym bodźcem. Gdzie nie spojrzeć stały grupki uczniów, zastanawiające się głośno, kto winny jest temu wszystkiemu. A ludzie gapili się na Lily jeszcze bardziej niż zwykle, kiedy przechodziła korytarzem.
Pokój wspólny był zatłoczony, ale Lily udało się znaleźć wygodne miejsce przed kominkiem. W założeniu miała odrabiać zadania, ale tak naprawdę patrzyła tylko w ogień i modliła się o jakąś wskazówkę... cokolwiek, co pomogłoby rozwiązać tę sprawę.
- Lily. - Czyjś cichy głos wyrwał ją z zamyślenia.
Uniosła głowę i rozejrzała się. Obok niej stał Caspian Weasley, usiłujący sprawiać wrażenie hardego, co nie za bardzo mu wychodziło.
Lily wstała i bez słowa przytuliła chłopca. Objął ją i załkał cicho, chowając twarz w jej szatach.
- Ona umrze prawda? Zabiją ją - jęknął. - Powiedz! Powiedz prawdę!
Lily przygryzła wargi.
- Nie wiem, Caspian - powiedziała łagodnie. - Naprawdę nie wiem.
- Nie chcę, żeby umarła - szepnął chłopiec. - Nie chcę.
- Wiem. Ja też nie chcę.
Caspian wyrwał się z jej objęć. W oczach miał ślady łez, ale w jego twarzy obok smutku można było znaleźć dużo gniewu. Naprawdę dużo gniewu. Lily doskonale znała ten stan z autopsji.
- Umrze? Powiedz mi! Czy ona umrze? - zawołał Caspian gwałtownie.
- Nie wiem - powtórzyła Lily. - Myślę, że...
- Co?!
- Może nie umrze, jeśli... jeśli Ministerstwo zgodzi się negocjować...
- Negocjować? O co ci chodzi?
- Oni nie porwali jej dla swojego widzimisię, Caspian - wyjaśniła cicho, świadoma, że co najmniej pół pokoju wspólnego patrzy na nich i przysłuchuje się konwersacji. - Gdyby chcieli ją po prostu usunąć, zrobiliby to w domu, bez patyczkowania się. Tak jak usunęli moich rodziców.
- Więc czego od niej chcą?!
- Myślę... myślę, że od niej nic. - Lily przełknęła ślinę. - Myślę, że oni chcą wykorzystać ją jako argument... w rozmowach z rządem. Jako kartę przetargową.
- Jakich rozmowach?
- Nie wiem, Caspian. Oni na pewno czegoś chcą, nie wiem, czego, ale muszą mieć jakiś cel. Myślę, że... chcą posłużyć się Hermioną dla zdobycia tego celu.
- Skąd to wiesz?
- Nie wiem - powtórzyła cierpliwie. - Tak myślę. To taka moja... teoria... Pamiętaj, Caspian. Oni zabili moich rodziców. - Uśmiechnęła się krzywo. - Nie dziw się, że chcę wiedzieć, kto za tym stoi.
- Nie dziwię się - powiedział chłopiec, a w jego twarzy było tyle zaciętego gniewu, że Lily aż się zaniepokoiła. - Chciałbym ich dorwać, kimkolwiek są.
- Ja też, Caspian - westchnęła Lily, dziękując w duchu, że Caspian nie zorientował się, jak sprytnie wywinęła się od odpowiedzi na zasadnicze pytanie: czy Hermiona zginie. - Ja też.
*
Wszystkie Eliksiry Adaptacyjne, konieczne do przyzwyczajenia organizmu do odmiennego funkcjonowania, stały w rządku na dnie kufra Lily. Teraz, Lily wiedziała to, czekało ją jedno z najtrudniejszych zadań. Eliksir Animagii. Przepis i składniki miała, spokój w Pokoju Życzeń także był zapewniony. Pozostawała kwestia czasu i pomocy. Lily była niemal pewna, że nie da rady sama zrobić tego eliksiru. Potrzebowała pomocy. I to dwojakiej: po pierwsze, ktoś musiał ją kontrolować i ewentualnie pomagać przy samym procesie warzenia, a po drugie Lily miała obowiązki, które sprawiały, że przygotowywanie eliksirów musiała odłożyć na weekendy. Eliksir Animagii trzeba było często sprawdzać i kontrolować, niełatwo byłoby to zrobić w pojedynkę, ale pracować w pojedynkę i w dodatku wywizywać się ze wszystkich szkolnych obowiązków... to było zdecydowanie za dużo.
Dlatego Lily postanowiła wtajemniczyć w swoje plany Rafaela i Syriusza. Nie byli zachwyceni jej opowieścią.
- Dlaczego nam wcześniej nie powiedziałaś? - Brzmiało pierwsze pytanie Rafaela, kiedy wreszcie skończyła.
- Ja... - Lily zawahała się. Dlaczego właściwie im nie powiedziała? - Myślę, że to jedna z tych rzeczy, które bardzo chce się zrobić samemu.
Rafael uniósł brwi.
- Po prostu... chciałam się sprawdzić. Zmierzyć z tym sama - wyjaśniła Lily. - Ale nie dam rady... nie z tym eliksirem.
- Czy zdajesz sobie sprawę, że to nie będzie trudne? - zapytał Syriusz chłodno. - To będzie prawie niemożliwe.
- Prawie - uśmiechnęła się - robi wielką różnicę.
- Podsumujmy - powiedział Rafael. - Oczekujesz od nas, że, narażając własne zdrowie i życie, nie mówiąc o pobycie w tej szkole, pomożemy ci przygotować jeden z najbardziej skomplikowanych eliksirów, jakie istnieją, tuż pod nosem nauczycieli, żebyś potem zaryzykowała przemianę, która w najlepszym wypadku może cię kosztować życie?
- Tak, to jest mniej więcej o co was proszę - odparła spokojnie. - Nie oczekuję, Rafaelu. Proszę.
Syriusz westchnął.
- Jesteś szalona - powiedział, kręcą głową. - Ja też jestem szalony.
- Kiedy zaczynamy? - zapytał Rafael.
*
W sobotę cały Hogwart wyległ przed południem na błonia, na stadion. Mecz Gryffindor - Slytherin zawsze był najbardziej oczekiwanym meczem i najbardziej popularnym. Napięcie nigdy nie bywało tak wielkie, nawet w meczach finałowych, jak przy starciu tych dwóch drużyn. Dlatego wszyscy nauczyciele zawsze byli obecni na boisku, gotowi przeciwdziałać jakimś nieoczekiwanym wydarzeniom.
I to była szansa dla Lily, Syriusza i Rafaela.
Chłopcy trochę marudzili, że odciąga ich od waznego meczu, ale w sumie zgodzili się z nią, że to najlepsza pora na rozpoczęcie warzenia Eliksiru Animagii. Zamek był pusty, nikt nie powinien im przeszkadzać, a pierwsza faza tworzenia Eliksiru była bardzo trudna.
Pokój Życzeń, jak zwykle, ujawnił im się jako dobrze wyposażone laboratorium alchemiczne. Lily powiększyła pergamin z instrukcjami, przepisanymi z
Najsilniejszych Eliksirów i powiesiła go na ścianie, by każdy mógł kontrolować kolejność wykonywanych czynności.
Rafael doprowadził wodę w kociołku do odpowiedniej temperatury i wsypywał teraz dokładnie odmierzone zioła, stanowiące podstawę fazy pierwszej. Syriusz kroił na identyczne, równiutkie kawałeczki skrzydełka bahanek, a Lily obierała figę.
To zadziwiające, myślała,
jak ważne w alchemii okazują się czasem całkiem zwyczajne składniki. Na przykład figa. Można ją jeść codziennie i nigdy się nie dowiedzieć, że ma właściwości neutralizujące niektóre kwasy karboksylowe, przez co częściowo zapobiega alkoholizacji eliksiru. Lily nie była na tyle dobra w alchemii, żeby rozumieć, co to znaczy, ale intensywna nauka eliksirów zaczynała przynosić efekty; nawet jeżeli czegoś nie rozumiała, była w stanie jakoś powiązać swoją wiedzę i podejść do problemu alchemicznego bardziej rozumowo, a mniej pamięciowo. Innymi słowy zaczynała myśleć, zamiast wykuwać materiał na pamięć.
Proces przygotowywania samej pierwszej fazy warzenia Eliksiru zabrał im prawie pięć godzin. Częściowo spowodowane było to faktem, że wszystko kilkakrotnie sprawdzali, wiele razy czytali instrukcje, kontrolowali siebie nawzajem i starali się robić wszystko perfekcyjnie, a w każdym razie najlepiej, jak się da.
- Skończyliśmy - powiedziała z niedowierzaniem Lily, kiedy wreszcie ostatni składnik został dodany, a wywar zamieszano zgodnie z instrukcjami dwa razy w kierunku ruchu wskazówek zegara i trzy razy przeciwnie do kierunku ich ruchu. Laboratorium wyglądało jak pobojowisko; wszędzie walały się szczątki ingrediencji, pod sufitem unosiła się para, przyrządy leżały brudne tam, gdzie je odłożono, a samozwańczych Mistrzów Eliksirów pokrywała gruba warstwa brudu zmieszanego w różnym stopniu z dodawanymi wcześniej składnikami.
- Dopiero pierwsza faza - przypomniał Syriusz, z westchnieniem wyciągając różdżkę i zabierając się do sprzątania. Rafael i Lily dołączyli do niego. Usuwanie skutków tego huraganu zajęło im prawie godzinę, ale w końcu wszystko było na swoim miejscu, wyczyszczone i błyszczące. Oni sami powierzchownie się obmyli i wyczyścili ubrania. Kociołek stał na palenisku, wywar parował lekko.
- Trzeba będzie zwiększyć temperaturę za... - Lily zerknęła do instrukcji i szybko przeliczyła czas. - Za cztery godziny i dwadzieścia minut, o dwudziestej czterdzieści siedem.
- Ja to zrobię - zaofiarował się Rafael. - Ty będziesz w tym czasie na szlabanie...
- O jasna cholera, szlaban! - krzyknęła Lily, w panice upuszczając różdżkę. - Zupełnie zapomniałam! Jestem spóźniona o kwadrans!
- To leć! - poradził jej Syriusz, podając jej różdżkę. Podziękowała uśmiechem i wypadła z Pokoju Życzeń jak torpeda.
---
Borze szumiący, jak mi dobrze.
Za oknem deszcz leje się z niebios, gromy grzmią, błyskawice błyskają, a mój Wen w końcu się obudził i przybył z pomocą. Planuję przed wyjazdem (o ile do niego dojdzie) jeszcze jedną, może dwie notki, takoż jeszcze się nie żegnam. Mówię - na razie.
Ach, no i jak zwykle, ślicznie proszę o komentarze... ;)
PS. Zapraszam raz jeszcze na
Requiem dla morza, a wszystkich, którzy piszą własne opowiadanie do serwisu oceniającego
Bez Litości.
Napisała Chauve-Souris dnia czwartek, 21 czerwca 2007 o godzinie 22:10:07komentarze [4]Część 22 *
3 listopada 2014 roku - środa. Godzina 23:30.
Musiałam przerwać pisanie, skończyła mi się wolna godzina. Powracam jednak do opisywania tych kilku ostatnich, koszmarnych dni.
We wtorek z rana musiałam wrócić do szkoły, ale byłam niesamowicie niewyspana. Na śniadaniu oczy same mi się zamykały i prawie nic nie zjadłam. Na lekcjach przysypiałam. Gryffindor stracił przeze mnie piętnaście punktów, bo byłam nieprzytomna. W końcu jednak potworne zajęcia się skończyły i mogłam zapaść się w fotel przed kominkiem. Syriusz i Rafael znikli, wymawiając się jakąś pracą domową na Opiekę. Zastanawiam się, o co naprawdę chodziło. Syriusz i Rafael czasami znikają gdzieś razem, że nie można ich znaleźć. Nie wiem, czy chcę wiedzieć, co wtedy robią... Może jednak jest ziarno prawdy w plotkach krążących po zamku?
Tak czy inaczej drzemałam sobie na fotelu przed kominkiem, kiedy ktoś potrząsnął gwałtownie moim ramieniem. Otworzyłam oczy i nieprzytomnym wzrokiem spojrzałam na okrutnego człowieka. Była nim Amanda Weasley.
- Lily, obudź się i myśl! - powiedziała do mnie. Spojrzałam na nią jak na wariatkę. Miałam myśleć w takim stanie?
- Co się stało? - wymamrotałam, prostując się na fotelu.
- Hermiona się stała - odparła Amanda, nerwowo rozglądając się na boki. - Zaginęła!
Oprzytomniałam natychmiast.
- Co?
- Słyszałaś! Po prostu znikła!
- Niemożliwe! Widziałam ją wczoraj wieczorem w Hogsmead!
- No właśnie, ostatnio widziano ją w Hogsmead. Odprawiła ochroniarza, bo miała się deportować prosto do domu... ale nie pojawiła się tam. Ani wczoraj, ani dziś.
- Cholera - zaklęłam, wstając. - Gazety wiedzą? Ktokolwiek wie?
- Jeszcze nie. Mnie powiedziała o tym profesor McGonagall, kazała przekazać rodzinie...
Poczułam się trochę dziwnie.
Rodzinie. McGonagall kazała przekazać
rodzinie. Czy jestem w rodzinie? Weasleyowie zawsze traktowali mnie trochę jak członka rodziny, ale takiej sytuacji nigdy nie było. Czy to, że trafiłam z Jimmym pod opiekę Hermiony i Rona czyni ze mnie ich... córkę?
Nie! Jestem córką Harry'ego Pottera i Rayli Boyd, nikogo innego.
- Przekazałaś? - zapytałam.
- Tak.
- Caspianowi też?
- Tak.
- Jak to przyjął?
- Zbagatelizował to. Powiedział, że się odnajdzie, pewnie gdzieś zabalowała...
Hermiona? Zabalowała?
- Cholera, to znaczy, że on się martwi.
Amanda spojrzała na mnie, pytająco unosząc brwi.
- Nie rozumiesz? Caspian nie jest głupi. Mój tata został zabity, a był w bardzo podobnej sytuacji, co Hermiona. Minister Magii, wielki bohater wojny. Analogia nasuwa się sama.
- Cholera jasna - mruknęła Amanda. - Nie pomyślałam o tym. Naprawdę sądzisz, że... coś się mogło jej stać?
- Nie wiem - przyznałam. - Ale Hermiona nie jest osobą, która znika bez powiadomienia kogokolwiek. Jest bardzo odpowiedzialna.
Amanda pokiwała głową.
- Nie mów o tym Caspianowi - poprosiła.
- Jasne.
- Mam nadzieję, że nic jej nie jest.
- Ja też.
- Do zobaczenia.
- Pa.
Patrzyłam, jak Amanda odchodzi. Już nie chciało mi się spać.
Zaczęłam krążyć po pokoju. Co się mogło stać? Czy to ci sami ludzie, którzy odpowiadają za te masowe zniknięcia? I za śmierć moich rodziców? I Thomasów?
Przypomniałam sobie, o czym rozmawiali Lee i Lupin, kiedy ich podsłuchałam. Lee mówiła, że jest pewna, że "to ta sama grupa". I nie chodziło jej o śmierciożerców. O kim mówiła? I o co chodziło z tymi ludźmi, których wspominała? Averym, Dołohowem, Patil?
- Co się stało? - zapytał Rafael. On i Syriusz podeszli do mnie. Obaj byli zarumienieni i wymięci. Wolałam się nad tym nie zastanawiać.
- Hermiona się stała - powiedziałam i zrelacjonowałam im przebieg mojej rozmowy z Amandą.
- Cholera - skomentował Syriusz, siadając w fotelu. - Cholera.
- Trudno się nie zgodzić - powiedziałam ponuro. - Cholera.
- To znowu oni? - zapytał Rafael. Krążył tam i z powrotem, od fotela do kominka i od kominka do fotela. - Ci sami, którzy zabili twoich rodziców? I Thomasów?
- Nie wiem - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - Ale mam przeczucie, że tak. Schemat jest ten sam...
- Nie - przerwał mi Syriusz, zmarszczywszy brwi. - Hermiona została porwana. Tak mi się zdaje. A twoi rodzice i Thomasowie zginęli we własnych domach, zaskoczeni przez napastników.
- Tak. - Skinęłam głową. - Ale moim zdaniem to wszystko, co się dzieje, łączy się ze sobą. Śmierć moich rodziców i Thomasów, zniknięcia tych wszystkich ludzi, wreszcie porwanie Hermiony... To wszystko robi jedna grupa. I nie śmierciożercy.
- Skąd wiesz?
- Ja... - zawahałam się. Powiedzieć o podsłuchanej nocą rozmowie? Coś głęboko we mnie sprzeciwiało się temu. Musiałabym wyjaśnić, dlaczego wybrałam się na nocną przechadzkę i w ogóle... Nie powiedziałam im dotąd, za co mam szlaban z Lee.
Z drugiej strony... czy przyjaźń bez szczerości ma w ogóle jakiś sens?
- Podsłuchałam rozmowę - wyznałam w końcu. - Twojego taty. Z tą Lee.
- Kiedy? - zdziwił się Syriusz.
- Nocą. Kila dni temu. Później wam wyjaśnię - dodałam, widząc ich zaskoczone miny. - Teraz istotne jest to, że ta Lee powiedziała kilka rzeczy, które mnie utwierdziły w przekonaniu, że to nie śmierciożercy... albo nie tylko.
- Kontynuuj - poprosił Rafael.
- Lee mówiła, że zgłaszała coś Ministerstwu, ale oni ją zignorowali. Wkurzała się.
- Lee? - zdziwił się Syriusz. Widocznie jemu też nie mieści się w głowie wizja rozgniewanej czy cynicznej Lee. Gdyby nie to, że słyszałam na własne uszy...
- Przecież mówię, że Lee - zirytowałam się trochę. - Twój tata powiedział, że oni muszą mieć dowody. A Lee na to odparła, że jest pewna, że to ta sama grupa.
- To znaczy jaka? - wtrącił Rafael.
- Nie przerywaj - skarcił go Syriusz i Rafael umilkł.
- Nie wiem, nie powiedziała. Za to mówiła, że jest pewna, bo działają w taki sam sposób. Twój tata stwierdził, że tak samo, jak Śmierciożercy na początku. Lee zaprzeczyła. Powiedziała, że Śmierciożercy od początku działali według planu... i że nie tykali czystokrwistych... i że właśnie to, że zostawiają Mroczny Znak przekonuje ją, że to nie oni. Że już dawno byśmy o tym usłyszeli. Że oni uwielbiali się przechwalać. I działali jawnie. A ci teraz nie dają żadnego znaku, nic... szczerze mówiąc - dodałam - mnie to bardziej przypomina schemat działania mugolskich terrorystów.
- Kogo? - zapytał Rafael.
- Terrorystów. To tacy mugole, którzy w obronie jakichś tam swoich wartości zabijają i porywają ludzi, podkładają bomby, porywają samoloty... Ataki terrorystyczne są normą w mugolskim świecie. Terroryści to ekstremiści i fanatycy. Zazwyczaj wojują o religię, mam na myśli skrajnych Islamistów. Ale są tacy, którzy biją się o inne sprawy. IRA w ubiegłym wieku walczyła o przyłączenie Ulsteru do Irlandii i uniezależnienie się od Wielkiej Brytanii, socjalistyczne grupy europejskie chciały wszędzie wprowadzić komunizm, zresztą działały z poparciem Związku Radzieckiego. Śmierciożercy pod pewnymi względami przypominają terrorystów. Pozornie, przynajmniej. Niby też bili się o Sprawę - wszakże wojowali w obronie czystej krwi. Ale to był pozór, tak naprawdę. Chodziło o władzę i przyjemność płynącą z torturowania i zabijania, ze zmuszania ludzi do robienia strasznych rzeczy, z bycia kimś lepszym, jakimś... nadczłowiekiem.
- Nietsche się kłania - mruknął Rafael, aż się zdziwiłam. Rafael Blood, czystej krwi czarodziej, znający Nietschego?
- Terroryści - kontynuowałam - naprawdę wierzą w swoją Sprawę, naprawdę są gotowi za nią ginąć... i zabijać. Do celu po trupach,
exitus acta probat*. I to właśnie tak pasuje mi do wzoru, który powoli zaczyna się klarować... wzoru ich działania. Najpierw usunąć tych, którzy mogą przeszkodzić. Moich rodziców. Potem przekonać do współpracy kogoś, kto może pomóc w akcjach... Dean Thomas, który miał władzę, by wstrzymać Aurorów, a na miejscu zdarzeń zawsze stawiał się pierwszy. Jednocześnie wciąż rekrutować członków, wzniecić panikę w społeczeństwie... Ilu ludzi już zaginęło?
- Dużo.
- Właśnie. A teraz Hermiona. Oni usuwają ludzi, którzy mogą im zagrozić. Metodycznie. Z rozmysłem. To nie jest jakaś tam szalona akcja. To nie jest zwykłe okrucieństwo, takie ot, bo się im chce. To jest przemyślane, systematyczne działanie. I obawiam się, że to może być bardziej skuteczne, niż wszystko, co robili Śmierciożercy.
- Ale oni byli skuteczni! - zaprotestował Syriusz.
- Tak - zgodziłam się. - Ale nie dlatego, że mieli tak doskonale przygotowany plan. Nie dlatego, że działali metodycznie i uważnie, po kolei wykonując kolejne punkty na drodze do sukcesu. Nie, Śmierciożercy byli skuteczni, bo Voldemort był niesamowicie silnym czarnoksiężnikiem, inteligentnym i trzymającym ich w ryzach. Kiedy tylko Voldemort zginął, Śmierciożerstwo upadło. To Voldemort miał plan, ale nie plan pozbycia się czarodziejów brudnej krwi, lecz plan zdobycia władzy. Cała ideologia czystej krwi była tylko środkiem. Voldemort omamił nią słabe umysły, stworzył pozór walki dla sprawy. I za sprawę. Ale tak naprawdę zawsze chodziło o władzę. I potęgę.
- Nie istnieje dobro i zło, jest tylko władza i potęga? - domyślił się Syriusz.
- I ludzie zbyt słabi, by je posiąść - przytaknęłam. - Tak, te słowa Voldemorta odzwierciedlają jego dążenia i ambicje. On chciał być panem i władcą, chciał być wielbiony i czczony. I to wiecznie. Stąd jego druga ambicja, dlatego sięgnął po nieśmiertelność... Mam wrażenie, że to nie jest to, o co chodzi tej grupie.
- A więc zakładasz, że to jakaś grupa. - Rafael usiadł wreszcie w fotelu.
- Tak - potwierdziłam. - Wydaje mi się, że to grupa i to nie byle jaka, bo połączona wspólnym celem, jakąś swoją Sprawą. Być może się mylę, może mylę się o sto osiemdziesiąt stopni, ale tak właśnie myślę.
- Terroryzm w czarodziejskim świecie? - zastanowił się Syriusz.
- Czemu nie? My zawsze podchwytujemy najgorsze wzorce od mugoli - mruknęłam.
- Taaak - westchnął Syriusz.
Na tym rozmowa się urwała, wszyscy pogrążyliśmy się w myślach. Niewesołych, przyznam.
Niestety, to nie był koniec niemiłych wydarzeń.
Tego dnia wyszłam z pokoju wspólnego do biblioteki, chciałam skończyć esej na Eliksiry. Nie dotarłam tam jednak, nie od razu. Na szóstym piętrze spotkałam Alicję Weasley. Stała w oknie i wzdychała co parę sekund.
- Allie! - zawołałam, widząc ją. Z całej Weasleyowskiej hałastry to właśnie z Alicją miałam najbliższy kontakt. Pomimo jej ślizgoństwa.
- Och, cześć, Lily - odparła, wzdychając.
- Co się stało? - zapytałam, zaniepokojona.
Alicja machnęła ręką, ale nie dałam się zbyć.
- Powiedz mi, o co chodzi - poprosiłam. I chyba właśnie fakt, że o to
poprosiłam, a nie
zażądałam, przekonał Allie, by mi się zwierzyć.
- Nienawidzę być Alicją Weasley - powiedziała zawzięcie.
- Dlaczego? - zapytałam głupio. To było naprawdę niemądre pytanie...
- Trudno się domyśleć? - syknęła ostro Alicja. - Naprawdę tak trudno? Jestem pierwszym Weasleyem od trzynastu pokoleń, który trafił do Slytherinu! Jestem wyrodnym potomkiem, wrogiem z obcego obozu! A dla Slytherinu jestem szpiegiem pieprzonych Gryfiaków! Co ja mam zrobić, jak ja mam się zachować?!
Trochę zabrakło mi słów. No bo co miałam powiedzieć? Nigdy nie traktowałam Alicji jak wroga. To fakt, jest była inna od reszty rodziny. Ale inna w pozytywny sposób. Spokojna, miła, grzeczna, zimna. Jeśli się zirytuje, rzuca takimi spojrzeniami, że człowiek pierzcha w popłochu. Czasem jej głos wibruje i drży ciepłem, czasem sypią się z niego kostki lodu. Nie, Alicja zdecydowanie nie jest taka jak jej rodzina. Ale nie jest też jak inni Ślizgoni. Jest milsza, spokojniejsza, grzeczniejsza. Jest - mówiąc krótko i prosto z mostu - w porządku.
- Być sobą - odpowiedziałam więc. - Nie przejmuj się tym, co ludzie mówią. Często wcale tak nie myślą, a nawet jeśli to co cię obchodzą inni? Jesteś sobą. I już. Koniec, kropka. Ja tam lubię tę Alicję Weasley, którą znam.
Alicja patrzyła na mnie podejrzliwie przez chwilę. Wyglądała uroczo.
- To trudne, nie przejmować się innymi - powiedziała.
- Tak, to niełatwe - przyznałam. - Ale możliwe. Wierz mi, wiem co mówię. Spójrz na mnie: jestem w piątej klasie i przez całą szkołę byłam obiektem plotek. Jedni mnie lubią tylko dlatego, że moi rodzice byli, kim byli, inni tylko z tego powodu mnie nienawidzą. Niemniej jednak znają mnie wszyscy i plotkują ile wlezie. Nie przejmuję się tym, bo wiem, że nie mam na to wpływu. Ale powiem ci coś w sekrecie...
Nachyliłam się trochę nad Alicją.
- Chciałabym, żeby czasem obiektem plotek stała się Lily Boyd, ta głupia Gryfonka z piątej klasy, wiesz, ta czarnowłosa. A nie Lily Potter, córka
tego Harry'ego Pottera.
Alicja spojrzała na mnie dziwnie. A potem się uśmiechnęła.
- Zapamiętam to - powiedziała z błyskiem w oku. - Dzięki, Boyd.
- Nie ma sprawy, Weasley.
Odwróciłam się i chciałam odejść. Zrobiłam już kilkanaście kroków, kiedy zatrzymało mnie wołanie Alicji.
- Aha, Boyd! - krzyknęła. - I tak was rozwalimy w sobotę!
Roześmiałam się i odeszłam. Tak, w sobotę pierwszy mecz, Gryffindor versus Slytherin. Będzie ciężko. Ale co mnie to obchodzi, przecież nie lubię Quidditcha.
Inna sprawa, że to, co powiedziałam Alicji to była prawda. Nie obchodzi mnie, co o mnie mówią. Wiem, że tego nie powstrzymam. Plotki o mojej osobie chodzą najdziksze - począwszy od tego, że ojciec mnie bije, a matka nienawidzi, poprzez przeróżne pary z udziałem mojej osoby (nie zawsze heteroseksualne) - z kim to ja już nie chodziłam! - aż do pogłosek w stylu: biedna Lily Potter, zgwałcona przez nauczyciela Obrony, który przez to zrezygnował ze stanowiska albo: ta okropna Lily Potter, dziwka, która każdemu daje z entuzjazmem i pasją godną lepszej sprawy. Nie, nie ma nikogo, kto mógłby kandydować ze mną w kwestii bycia obgadywanym. Przyzwyczaiłam się. Boli tylko czasami.
Ogólnie więc ta rozmowa wpłynęła na mnie przygnębiająco, szłam więc ponura i nie patrzyłam przed siebie. I wpadłam. Na kolejnego Ślizgona. Prawdziwy wysyp.
Odbiłam się od niego i upadłam, rozpłaszczając się na podłodze jak jaszczurka albo mątwa. Na moment mnie zamroczyło, a kiedy odzyskałam wzrok ujrzałam... Ike'a. I Jasona obok niego. Obaj wyglądali na zaniepokojonych. Ike pomógł mi wstać, przepraszając namiętnie.
- Nic się nie stało, to moja wina - wymamrotałam. - Trzeba było patrzeć, jak się lezie...
Ike uśmiechnął się nieco niepewnie. Jason za to wyszczerzył się do mnie.
- Cóż się tak nasza lwica zamyśliła, hm? - zapytał, robiąc znaczącą minę. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu.
- Lwica rozmyślała nad zbliżającym się pogromem Węży na boisku - wypaliłam.
- Osz! - wykrzyknął Ike, udając święte oburzenie. - Ta zniewaga krwi wymaga! Albo przynajmniej przeprosin.
Spojrzałam na niego z uniesioną brwią. To zawsze robiło odpowiednie wrażenie.
- No. Czekam - oznajmił niewzruszenie Ike.
Uniosłam drugą brew.
- A nie uważasz, że to obalonej damie należą się przeprosiny? - zapytałam słodkim głosikiem.
Ike zamyślił się poważnie, a Jason pękał od tłumionego śmiechu.
- Zrobimy tak: ja w ramach przeprosin zapraszam cię na kawę do Hogsmead, a ty w ramach przeprosin propozycję przyjmujesz bez szemrania.
- Ależ wyjście do Hogs dopiero co było!
- A kto powiedział - Ike wyszczerzył się do mnie - że pójdziemy tam legalnie?
Roześmiałam się.
- Nie wiem, czy mogę ryzykować - powiedziałam lekko. - Nadal odrabiam szlaban z Lee.
- No, no, niegrzeczny kotek. - Jason pogroził mi palcem. Pokazałam mu język. Obaj Ślizgoni się roześmieli.
- Odezwę się, jak skończy ci się szlaban - obiecał Ike, ale jestem pewna, że nie mówił poważnie. Ślizgon i Gryfonka na kawie? Nielegalnie w Hogsmead? Dobry żart, zaprawdę.
Chłopcy pomachali mi i odeszli, a ja, w znacznie lepszym humorze ruszyłam znów do biblioteki. I znów nie dane mi było tam dotrzeć.
Jak spod ziemi wyrosły wokół mnie sylwetki pięciu chłopaków i dwóch dziewcząt. Samych Ślizgonów. Poznałam Calliope Malfoy, Allesandro Avery'ego, Juliusza Macnaira i Marshalla Carrola. Innych nie znałam, albo kojarzyłam tylko z widzenia.
- Potter - odezwał się Marshall Carrol, a ja aż zazgrzytałam zębami.
- Nie nazywam się Potter, Carrol - odwarknęłam, zirytowana.
- Nic mnie to nie obchodzi - oznajmił Ślizgon tak aroganckim tonem, że zapragnęłam mu przylać, raz a dobrze. - Jest sprawa do ciebie.
- Odwal się od nas, Boyd - powiedziała Calliope, podchodząc do mnie tak blisko, że widziałam niebieskie żyłki na szarych tęczówkach jej oczu. - Odwal się od Ślizgonów.
- Nie chcemy bratać się z Gryfiakami - syknął wysoki, ciemnowłosy chłopak, którego nie znałam, na oko z szóstej klasy. - Nie w smak nam takie sojusze.
- Wyobraź sobie, że mnie także do gustu nie przypadło towarzystwo takich jak wy - odparłam jadowicie.
- Nie graj bohaterki, Boyd - powiedział Avery, patrząc na mnie ze zmarszczonymi w gniewie brwiami. - Na nic ci się to nie zda.
- Nie usiłuj mnie straszyć, Avery - odszczekałam. - Na nic ci się to nie zda.
- Przestaniesz zadawać się z Alicją Weasley - odezwał się beznamiętnie Juliusz Macnair. Jego głos był zimny, zmroził mnie do szpiku kości, ale oczywiście nie dałam tego po sobie poznać. Mam nadzieję. - Nie będziesz rozmawiała z Winstonem i Wynnem. Ani z żadnym innym Ślizgonem.
- Nieposłuszeństwo - dodał drugi Ślizgon, którego nie znałam. Miał długie, kasztanowe włosy spięte z tyłu na plecach i bez wątpienia był z siódmej klasy, bo wyglądał strasznie dorośle. - Nieposłuszeństwo grozi poważnymi konsekwencjami. Bardzo poważnymi konsekwencjami. Uwierz, nie chcesz się z owymi konsekwencjami... zapoznać.
Przez moment nie wiedziałam, jak zareagować. Calliope, Allesandro i Marshall brzmieli śmiesznie, ale Juliusz i ten siódmoklasista chyba nie rzucali słów na wiatr. Zaraz jednak oprzytomniałam.
- Jak nisko upadliście - powiedziałam, wkładając w głos tyle jawnej pogardy, na ile tylko było mnie stać. - Grozicie mi, jakbym była szczeniakiem z pierwszego roku. Jesteście śmieszni, jeśli sądzicie, że się was przestraszę. Że poczuję się zagrożona waszymi poważnymi konsekwencjami. Lepiej idźcie straszyć pierwszaków. Może to wam wyjdzie.
Calliope otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, a Marshall szarpnął się, ale chłopak z siódmej klasy powstrzymał ich władczym gestem.
- Potraktuj nasze słowa poważnie, Boyd - powiedział spokojnym głosem, niemal... proszącym. - Bo to się dla ciebie źle skończy.
- Jasne - zakpiłam. - Wiecie co? Dlaczego każde z nas po prostu nie pójdzie się zająć własnymi sprawami? Wszystko jest bardziej produktywne niż ta rozmowa.
Ślizgon patrzył na mnie długą chwilę, a potem znów uczynił gest, na który cała grupa zareagowała bez szemrania. Odwrócili się i odeszli, ale chłopak jeszcze jakąś sekundę wbijał we mnie wzrok.
- Konsekwencje, Boyd - powiedział cicho, po czym dołączył do oddalających się Ślizgonów.
A ja stałam jeszcze jakiś czas w korytarzu, próbując uspokoić galopujące myśli. O co chodziło? Chyba nie tylko o moje kontakty ze Ślizgonami? Przecież to śmieszne. Więc jaka była prawdziwa przyczyna?
Oczywiście nie mam zamiaru się stosować do poleceń tego gangu. Nie boję się ich. Ale z chęcią się dowiem, kim jest ten kasztanowłosy.
* Exitus acta probat - cel uświęca środki [z Owidiusza].
----
Tak. Ze szlabanem już się pożegnałam, ale pod pewnymi warunkami. Musiałam, między innymi, przyrzec, że będę spędzała mniej czasu na komputerze, że będę się bardziej starała w szkole (to dotyczy przyszłego roku, oczywiście) i ogólnie że będę grzeczną dziewczynką. Głupio mi. Niby pełnoletnia, a zależna od rodziców jak dwunastolatka.
Zresztą, mniejsza o to. Istotne jest to, że wróciłam i, póki co, nigdzie się nie wybieram. Póki co, bo jeśli wszystko wyjdzie tak, jak powinno, to na całe wakacje wyjeżdżam. Dobrze przeczytaliście - całe wakacje. Od początku lipca do końca sierpnia. Jadę do Francji cudze dzieci chować. Innymi słowy, wyjeżdżam jako Au Pair, opiekunka do dziecka. Szczerze wątpię, bym we Francji miała dostęp do Internetu, a nawet jeśli, to z pewnością bez polskich znaków. No, ale niezbadane są wyroki Boskie. Się zobaczy.
W "nawigacji" pojawił się link do mojego notatnika. Nie jest, niestety, uzupełniony - brakuje, na przykład, części planu wydarzeń. Oczywiście to nie jest cały plik z moimi notatkami. Część notatek wyrzuciłam, żeby nie spoilerować za bardzo. Ale jest.
No i jeszcze ostatnia sprawa, czyli reklama. Niniejszym zapraszam wszystkich oficjalnie na blog
Requiem dla morza, czyli moje drugie opowiadanie, inspirowane żeglarstwem, szantami i Piratami z Karaibów. No.
Napisała Chauve-Souris dnia wtorek, 12 czerwca 2007 o godzinie 19:49:33komentarze [1]Część 00 Nie. Nie zawieszam bloga. Nie porzucam opowiadania. Po prostu dostałam szlaban na komputer, a właściwie konkretnie na Internet. Do odwołania. Takoż nowe części nie ukażą się w najbliższym czasie. Nie wiem, kiedy wrócę. Może jutro. Może we wrześniu. A może nigdy. To ma być leczenie dla mnie. Leczenie z uzależnienia. Z netoholizmu. I chyba dobrze. Może wreszcie zacznę żyć moim prawdziwym życiem, a nie wirtualnym.
Ech.
A teraz jestem nielegalnie.
Napisała Chauve-Souris dnia wtorek, 5 czerwca 2007 o godzinie 22:21:40komentarze [7]Część 21 *
Lily nie skorzystała z rady Hermiony Weasley, nie od razu. Najpierw udała się do apteki, żeby wreszcie zdobyć kilka składników, których jej brakowało do Eliksiru Animagii. Nie wiedziała, czy sprzedadzą jej to, czego potrzebowała, ale uznała, że spróbować warto. Opatuliła się więc mocno peleryną, chowając szkolną szatę przed wzrokiem ludzi, i weszła do apteki, robiąc znudzoną minę.
- Dzień dobry - powiedziała głosem tak spokojnym, na jaki tylko było ją stać.
- Dzień dobry - odpowiedział chłopak przy ladzie. Wyglądał młodo; mógł mieć jakieś osiemnaście, może dziewiętnaście lat. Lily niejasno kojarzyła go z Hogwartu; musiał niedawno ukończyć szkołę. Lily zaklęła w duchu. Jeśli ją rozpozna...
- Ach, panna Potter - powiedział chłopak, uśmiechając się do niej. W jego głosie Lily usłyszała autentyczną radość. - Miło spotkać kogoś znajomego.
- Boyd - powiedziała, rezygnując z przykrywki. Jak w ogóle mogła się spodziewać, że jej nie rozpozna? Przecież to oczywiste, że każdy, kto chodził do Hogwartu, musi znać słynną córkę Harry'ego Pottera.
Wszyscy znają córkę Harry'ego Pottera, pomyślała z goryczą.
Nikt nie zna Lily Boyd.
- Słucham? - zdziwił się chłopak.
- Nazywam się Boyd. Używam nazwiska matki.
- Ach... Przepraszam.
- Nie szkodzi - westchnęła Lily. - Pamiętam cię. Byłeś w Ravenclawie?
- Tak - ucieszył się chłopak (Lily odetchnęła. Wcale go nie pamiętała, ale intuicja podpowiadała jej, że ma przed sobą Krukona). - Johnny Stone, skończyłem w zeszłym roku.
- I już zatrudnili cię w aptece? Nieźle.
- Prawda? - chłopak uśmiechnął się znów do niej. Gapił się na nią w taki szczególny sposób...
Nie, pomyślała Lily, nagle ogarnięta paniką.
Powiedz, że się we mnie nie zabujałeś...
- Profesor Mack mnie zarekomendował. Miałem W z Eliksirów z Owutemów! - pochwalił się Stone.
- Super - powiedziała Lily, siląc się na spokój. - Ja nie mam talentu do Eliksirów, ale też muszę mieć W.
- Wybierasz się na Auroryrstykę?
- Tak, chyba tak - skłamała Lily. - Mój tata była Aurorem. Zanim został Ministrem.
- No jasne, wiem. Masz kłopoty z Eliksirów? Wiesz... - Stone udał, że się zastanawia. - Mógłbym ci pomóc, po pracy...
Lily uśmiechnęła się do niego czarująco, nienawidząc się za to.
- Dziękuję - powiedziała słodkim głosikiem. - To bardzo miłe z twojej strony, ale doprawdy nie wiem, jak można by to zorganizować... wypady do Hogsmead są tak rzadko, a obcym nie wolno wchodzić na teren szkoły...
- No tak... - Stone nachmurzył się. - Szkoda, ale masz rację. A więc po co przyszłaś?
Lily wzięła głęboki oddech.
- Mam tu listę. - Podała mu kartkę papieru. - Wiesz... mam kłopoty z Eliksirami i poprosiłam Drake'a, to nasz nowy nauczyciel, czy mógłby mi zadać jakieś dodatkowe zadania... - zablefowała. - A on powiedział, że owszem, ale jeśli chcę coś robić, to przynajmniej coś pożytecznego... no wiesz, jakieś eliksiry do Ambulatorium. I powiedział, że muszę składniki mieć własne, bo on nie ma zamiaru na mnie wydawać... Taki wredny typ z niego, nie to, co ty... - Lily pomachała rzęsami, uśmiechając się nieśmiało.
- Rozumiem. - Stone zagapił się na nią przez chwilę, po czym wrócił do kartki. - Ale tu są substancje niewymienialne klasy C... nie mogę ci ich sprzedać...
Lily otworzyła usta wdzięcznie.
- Powiedz, że żartujesz - powiedziała, mrugając szybko. - Przecież ja muszę to zdobyć! Jak tego nie zrobię, nie zdam, a to będzie tragedia... - Spojrzała na chłopaka błagalnym wzrokiem.
- Ale... - Stone zawahał się. - No, nie wiem...
Lily zbliżyła się do kontuaru. Położyła dłonie na ladzie i pochyliła się w stronę Stone'a.
- Proszę - szepnęła. - Nikomu nie powiem.
Zamrugała rzęsami, jakby odpędzała łzy.
- No dobrze - skapitulował. - Ale nie powiesz nikomu?
- Przysięgam. Słowo Potterówny.
Chłopak, zaciskając usta i kręcąc głową, odwrócił się od lady i sięgnął na półkę, zdejmując różne słoiki i pudełeczka. Chwilę to trwało.
- Razem dwadzieścia osiem galeonów i trzydzieści cztery sykle - powiedział skończywszy układać składniki w dwóch dużych torbach.
Lily z lekkim westchnieniem odliczyła pieniądze i położyła je na ladzie.
- Przelicz.
- Zgadza się - powiedział chłopak. Uśmiechnął się do niej niepewnie. A Lily, sama nie wiedząc dlaczego, przechyliła się przez kontuar i, wspinając się na palce, pocałowała go w oba policzki. Potem chwyciła torby i, posyłając zaczerwienionemu Stone'owi ostatni uśmiech, wyszła szybkim krokiem z apteki.
*
Nigdy więcej, myślała Lily, wolno posuwając się wzdłuż ścieżki prowadzącej na cmentarz.
Nigdy więcej takiego wdzięczenia się. Czuła się słabo na myśl o swoim "wyczynie". Zrobiła biednemu chłopakowi nadzieję. Ale przynajmniej zdobyła to, czego potrzebowała...
Brama wciąż była otwarta, ale sam cmentarz świecił pustkami. Lily nie widziała nikogo. Cóż, zapadał zmierzch, kto chciałby się znaleźć po zmierzchu na czarodziejskim cmentarzu? Nikt, prócz takich dziwaków, jak ona.
Kiedyś uwielbiała tu przychodzić. Ten cmentarz tak bardzo różnił się od mugolskich miejsc pochówku... Był taki spokojny, taki piękny. Drzewa szumiały cicho, to zieleniąc się latem i wiosną, to połyskując bielą w zimie, to znowu mieniąc się złotem, czerwienią i brązem wczesną jesienią. Białe marmurowe pomniki pokryte bluszczem i pnącymi różami ostro odcinały się na tle liści. Inne płyty nagrobne, szare i czarne, tworzyły dla nich kontrast. Nie było tu wymyślnych figur, brzydkich aniołów ani innych przejawów charakterystycznego dla mugoli kiczu. Nagrobki ozdobione były prostymi krzyżami albo zgoła niczym. Często na płytach widniały inskrypcje, wyryte magicznym dłutem. Niektóre były tak stare, że całkiem się pozacierały. Lily najbardziej lubiła się przechadzać wśród tych starych, prawie starożytnych grobowców. Z trudem odczytywała napisy, poświęcone dawno umarłym czarodziejom i czarodziejkom.
Perseuszowi, który czarował słowem.
Casjopei, ukochanej córce, umiłowanej żonie i wspaniałej matce.
Patrickowi i Petunii, którzy trwali ze sobą w zgodzie dziewięćdziesiąt siedem lat.
Aniołkowi, któremu podcięto skrzydełka.
Chasie, maleńkiej zagubionej duszyczce w wielkim świecie.
Frederickowi, za ciepło i magię dotyku.
Tej, która umarła, zanim się narodziła.
Mojej gwiazdce z nieba.
Świat był dla ciebie nieprzyjazny, Raymondzie. Teraz możesz spać w spokoju.
Dziewczynce z okna.
Lily przystanęła. Zrobiło się za ciemno, by móc dalej czytać starożytne inskrypcje. Lily poczuła żal. Kochała tę atmosferę ciszy i absolutnego spokoju, kochała wyobrażać sobie, kim byli ci ludzie, jak wyglądali, czym się zajmowali, jak się zachowywali. Ale kochała też ten moment, kiedy szarość zmieniała się we wszechobecną ciemność, a na grobach zapalały się tysiące niewielkich ogników. To był znak troski, znak, że ktoś pamięta i modli się za duszę zmarłego, w ten czy inny sposób. Lily nie umiała się modlić, nie wierzyła w żadnego boga, ale w takich chwilach odczuwała dziwną tęsknotę. Czegoś jej brakowało, czegoś potrzebowała. Przechadzała się wtedy wśród grobów i zapalała ogniki tym, o których już nikt nie pamiętał. Wkładała w zaklęcie całą swą potrzebę wyrażenie swoich emocji, całą sympatię dla minionych wieków i lat, całe współczucie dla tych zapomnianych dusz. Nie zdawała sobie z tego sprawy, ale było to działanie bardzo bliskie modlitwie... bardzo, bardzo bliskie.
Dotarła do wysokiej, smukłej wieży, wznoszącej się pośrodku cmentarzyska. Ośmiokątna, bez żadnych okien, z jednym niewielkim otworem tuż pod dachem, zwieńczona połyskującym brązem krzyżem, zbudowana była z czerwonych niegdyś cegieł, teraz poczerniałych. Lily niejednokrotnie zastanawiała się, dlaczego nikt tej wieży nie odnowił, ale cieszyła się z tego. Czuła, że każda zmiana w tym miejscu byłaby świętokradztwem, bluźnierstwem, czynem bardziej niewybaczalnym, niźli
Avada.
Weszła na niskie schodki. Wysokie, drewniane drzwi otworzyły się przed nią ze skrzypieniem źle naoliwionych zawiasów. Znalazła się we wnętrzu wieży. Nagie ściany i kamienna podłoga były zimne i puste, nieprzyjemne. W powietrzu unosił się dziwny, trudny do zidentyfikowania, nieco słodkawy zapach. Lily wyjęła różdżkę i machnęła nią lekko. Dwie pochodnie na ścianach rozjarzyły się chwiejnym, płochym płomieniem, który ledwo oświetlił wnętrze. Ze wszystkich kątów ziała ciemność, sufit tonął w mroku. Lily, stąpając ostrożnie, weszła na wyższe piętro po kamiennych schodach.
Wystrój był tu zgoła inny. Ciemne ściany pokryte były nierówno ciemnoczerwoną farbą odłażącą w wielu miejscach i niepokojąco przypominającą krew. Tu i tam stały drewniane stoliczki w tym samym, bordowym kolorze. Przy jednej ze ścian stał klęcznik i mały ołtarzyk, nad którym wisiał nieduży krzyż. Na ołtarzyku ktoś poustawiał malutkie rzeźby i obrazki. Przedstawiały różnych bogów i świętych: obok figurki kobiety z dziewięcioma ramionami w pozycji lotosu siedziała postać mężczyzny, zapatrzonego wszechwidzącymi oczami gdzieś w dal. W niejakim oddaleniu stała maleńka rzeźba postawnego mężczyzny z włócznią w ręku i dwoma krukami na ramionach, z wilkiem przy nodze. Obok niego na dawno wyblakłej, czerwonej poduszeczce spoczywał miedziany pająk wielkości dłoni, niedaleko wił się wąż o srebrnych piórach. Z tyłu, oparte o ścianę stały obrazki: płaskiego mężczyzny z dyskiem nad głową, postawnego starca o długiej brodzie i wyniosłej postawie, dzierżącego w dłoni piorun, kobiety o pełnych kształtach, z lwem u nóg i tarczą usianą gwiazdami, namalowany fragment japońskiej architektury.* Pod krzyżem widniała mała tabliczka z niemal wytartym napisem "Mekka".
Całe pomieszczenie usiane było setkami świec, stojącymi wszędzie: na podłodze, na stolikach, na innych, już wypalonych świecach... Oszałamiający zapach wosku i czegoś podobnego do kamfory unosił się w powietrzu, a całe wnętrze migotało, chwiało się i rozpływało przed oczami za sprawą setek płomyków.
Lily stała przez chwilę, napawając się specyficzną atmosferą tego miejsca. Twarze rzeźb i obrazów na ołtarzu zdawały się poruszać, oczy śledziły każdy jej ruch, dym ze świec oszałamiał... Zamrugała. Co się z nią działo?
Ruszyła w stronę schodów, tym razem drewnianych. Przechodząc obok ołtarza skłoniła głowę. Nie wierzyła w żadnych bogów, ale... nie zaszkodzi okazać im szacunku.
Dotarła wreszcie do trzeciej, ostatniej kondygnacji wieży. Sufit był wysoko, wysoko ponad nią, ale wiedziała, że gdzieś tam w górze znajduje się jedyne w wieży okno, przez które w ciągu dnia wpadało jasne światło słońca. Ściany pokryte były białymi arrasami, na których lśnił delikatny deseń srebrnych gwiazdeczek. Dookoła, na całej powierzchni pomieszczenia, poustawiane były stoliki, stołki, ławeczki, podwyższenia, każde okryte białym obrusem z motywem srebrnych gwiazdek. Zajmowały każdą wolną przestrzeń, ledwie można się było wśród nich poruszać. A na stołkach poukładane były setki szkatułek, małych i dużych, wielkich i całkiem maleńkich. Wszystkie zrobione były z drewna, pomalowane i polakierowane, rzeźbione, inkrustowane drogimi kamieniami albo ozdobione na jeszcze inne, dziwniejsze sposoby. Pośrodku wieczka każdej ze szkatułek było delikatne wgłębienie w kształcie okręgu.
Pomieszczenie było ciemne, jedynie migotliwy blask świec z niższej kondygnacji ukazywał kawałek przestrzeni. Lily, stąpając powoli i ostrożnie, rozpoczęła spacer pomiędzy szkatułkami. Trwało to jakiś czas, zanim dotarła do tych dwóch, leżących blisko obok siebie, otoczonych kilkoma innymi. Na każdej szkatułce wyrzeźbiono imię, nazwisko i dwie daty. Lily musnęła wzrokiem pozostałe szkatułki, mimochodem odczytując niektóre inskrypcje.
George Weasley * 01.04.1978 + 01.04.2001
Nimfadora Tonks-Lupin * 01.01.1973 + 05.10.2012
James Potter * 08.02.1960 + 31.10.1981
Lily Evans-Potter * 07.07.1969 + 31.10.1981
Cho Chang * 04.06.1979 + 02.01. 2001
Katie Bell * 09.12.1977 + 14.09.1998
Wiktor Krum * 06.01. 1977 + 18.08.1999
Kingsley Shacklebolt * 15.05.1963 + 22.09.2000
Ginewra Weasley * 11.08.1981 + 04.04.2001
Rayla Boyd-Potter * 28.03.1980 + 13.08.2014
Harry Potter * 31.07.1980 + 13.08.2014
Lily poczuła, jak w jej oczach wzbierają łzy. Zamrugała gwałtownie.
Byli tu. Byli tu, obok tych wszystkich czarodziejów i czarownic, obok poległych w tamtej wojnie, obok tych, którzy zginęli długo po wojnie, a jednak przez nią, jak mama Syriusza... Byli tu. Naprawdę. Oni. Niezniszczalni. Wielcy bohaterowie. Minister i Premier. Auror i prawniczka. Mąż i żona. Ojciec i matka. Jej tata i mama... jej rodzice. Ukochani. Byli tu.
Opadła na kolana i schowała twarz w dłoniach. Jej ramionami wstrząsnął szloch. Tak bardzo za nimi tęskniła! Tak bardzo chciałaby znów mieć ich przy sobie...
- Mamo... tato... wróćcie - wyszeptała. Po policzkach płynęły jej gorące łzy.
* W kolejności: Kali, hinduska bogini czasu i śmierci; Budda (Siddartha Gautama), założyciel buddyzmu; Odyn, nordycki bóg wojny, mądrości, poezji i magii; Anansi, bóstwo z Afryki Zachodniej, pierwotnie stwórca świata, potem dawca kultury; Quetzalcoatl, Pierzasty Wąż, bóstwo plemion Mezoameryki; Ra, egipski bóg słońca; Zeus, grecki bóg niebios (opcjonalnie Jowisz, rzymski bóg niebios); Isztar, mezopotamska bogini miłości, płodności, wojny, zemsty, królowa niebios; Torii, symbol Shintō, tradycyjnej religii japońskiej.
Źródło: pl.wikipedia.org. Inspiracja: "Amerykańscy bogowie", Neil Gaiman (polecam gorąco!)
*
Wydawało jej się, że minęły wieki, zanim uspokoiła się na tyle, by otrzeć łzy i powstać. Ciemność już jej tak nie przeszkadzała. Właściwie to dobrze, że nie mogła widzieć zbyt wiele. Świat zawężał się do tych dwóch szkatułek i jej samej. Poczuła nawet, że światło byłoby w tej chwili intruzem. Prywatność wymagała, by była sam na sam z nimi... ostatni raz.
Wiedziała, że tu nie wróci. Nigdy. To bolało. Bolało zbyt mocno, by powrócić. By narazić się znowu na te uczucia, na to cierpienie.
Pochyliła się, wyjmując różdżkę. Gdyby potrafiła się modlić, zmówiłaby modlitwę za dusze rodziców. Ale nie potrafiła.
- Jeśli tam jesteś - wyszeptała tylko, wskazując różdżką na wgłębienie w szkatułce jej matki - opiekuj się nią.
Ignis anima*.
W zagłębieniu pojawił się mały płomyk, z początku jasnoróżowy, ale im większy się stawał, tym intensywniejszego odcieniu czerwieni nabierał, aż w końcu wypełnił całe wgłębienie, zalewając szkatułkę karminowym światłem.
- Opiekuj się nim.
Ignis anima.
Płomyczek zapłonął na wieczku szkatułki jej ojca. Przez chwilę przyglądała się tym dwóm małym ognikom, uśmiechając się z bólem.
- Pamiętam, mamo. Nie zapomnę, tato - powiedziała na głos. Zamrugała, strząsając z rzęs łzy. Odwróciła się i ruszyła w drogę powrotną po drewnianych schodach. Minęła setki świec na drugim piętrze, których płomienie przygasły, gdy znalazła się na parterze. Machnęła różdżką i pomieszczenie ogarnął mrok; to zgasły pochodnie. Wyszła na zewnątrz, w ciemną noc. Drewniane drzwi skrzypnęły, zamykając się za nią. Nie odwróciła się. Szła prosto przed siebie, w stronę bramy cmentarza. Płomyki tańczyły na płytach nagrobnych wokół niej. Srebrzyste światło księżyca padło na krzyż na szczycie ośmiokątnej wieży, na moment rozbłysnął na nim napis
Wieża Chwały. Kiedy Lily wyszła poza obręb cmentarza, stara brama zatrzasnęła się za nią z przerażającym łoskotem. Wtedy dopiero Lily obejrzała się za siebie. Gargulec na szczycie bramy pogroził jej placem i zachichotał, zamykając zasuwę. Wyrzeźbiony na niej napis
Riequiescat in pace zalśnił złowieszczo. Lily otuliła się szczelniej płaszczem. Nagle zdała sobie sprawę, że jest już prawie północ, a ona znajduje się nie tylko poza dormitorium, ale nawet poza szkołą, w środku Lasu. Zadrżała. Zimny wiatr porwał z ziemi opadłe liście i zakręcił nimi młynka wokół Lily. Robiło się nieprzyjemnie, więc przyspieszyła kroku. Kiedy coś zawyło nieludzko za jej plecami, przypomniała sobie, że dziś pełnia. Ogarnęła ją panika. Lupin z pewnością był teraz w swojej kwaterze, ale inne wilkołaki... puściła się biegiem. Biegła najszybciej, jak potrafiła, peleryna fruwała za nią, a ona błogosławiła się w duchu za pomysł zmniejszenia toreb z zakupami, by zmieściły się w kieszeni.
Wbiegła na teren szkoły, dziękując wszystkim bogom, jakich znała (nieistotne, że w żadnego nie wierzyła), że Filch jeszcze nie zamknął bramy. Być może jakiś nauczyciel pozostał dłużej w Hogsmead? To całkiem prawdopodobne.
Dobiegła do zamku i zatrzymała się, zasapana. Dotarła cała i zdrowa, na razie to się liczyło, ale już po chwili ogarnął ją strach. Musi jeszcze przejść cały zamek, żeby dostać się do pokoju wspólnego, a jak ją złapią...
To już będzie recydywa, pomyślała z niepokojem, nie dostrzegając w tym żadnego komizmu, który zapewne rozśmieszyłby ja w innej sytuacji. Potrząsnęła głową i odważnie pchnęła drzwi frontowe. Otworzyły się cicho, niemal bezszelestnie. Weszła ostrożnie do środka. Hall był ciemny i pusty. Powoli, uważając na każdy krok, ruszyła w stronę schodów. Normalnie przeszłaby ten odcinek szybkim krokiem, może nawet biegiem, ale normalnie miała pelerynę i mapę, a teraz oba te artefakty spoczywały w jej kufrze w dormitorium.
Bardzo ostrożnie, powoli i najciszej, jak potrafiła, przemykała korytarzami. Co jakiś czas przystawała, nasłuchując, czy ktoś nie nadchodzi. Była już prawie u celu, kiedy potknęła się i wyrżnęła jak długa na ziemię, pociągając za sobą zbroję. Łoskot odbił się echem po pustym korytarzu. Lily zaklęła pod nosem, wygramoliła się spod zbroi i zaklęciem przywróciła ją do pionu. Po czym, na nic nie czekając, puściła się biegiem w stronę pokoju wspólnego.
- Zaczekaj, ty hultaju, już ja ci pokażę szlajanie się o północy...! - Zza pleców dobiegł jej zachrypnięty głos Filcha, pobrzmiewający w równej części gniewem i satysfakcją.
O, nie, pomyślała, przeskakując po trzy stopnie naraz.
Nie dam ci się złapać, ty stary, bezzębny dupku.
Dopadła portretu skrywającego wejście do pokoju wspólnego Gryffindoru i z ulgą skonstatowała, że Gruba Dama tym razem nie wybrała się na żadne nocne przechadzki. Co prawda nie wyglądała na uszczęśliwioną, że budzi się ją o tej porze, ale kiedy Lily wydyszała jej hasło prosto w twarz, od razu odsłoniła przejście.
Wbiegając po schodach do dormitorium na wieży, Lily usłyszała, jak Filch klnie malowniczo przed portretem, który za nic nie chce go wpuścić bez podania hasła.
* Ogień duszy, ogień pamięci. Przynajmniej taką mam nadzieję. Żródło: słownik angielsko-łaciński online.
----
Ta część dedykowana jest Alynn, z którą niegdyś, dawno temu, pisałam pojedynek. Z tego, co pamiętam, sam pojedynek przegrałam, ale powstała wtedy pierwsze koncepcja magicznego cmentarza, która potem lekko ewoluowała, a efekt przeczytaliście. Stąd dedykacja dla mojej ówczesnej Przeciwniczki.
Oprócz tego chciałam powiedzieć kilka słów od siebie.
Po pierwsze dziękuję wszystkim, którzy to czytają i komentują. Komentarze naprawdę dodają skrzydeł autorowi. W tym wypadku zaś ałtorce.
Po drugie chciałabym gorąco polecić wszystkim książkę Neila Gaimana "Amerykańscy bogowie". O ile druga powieść tego autora, którą czytałam, była taka sobie (mam na myśli "Nigdziebądź"), o tyle ta jest po prostu
boska. Wieloznacznie.
Dlaczego o tym mówię? Ano dlatego, że powieść ta byłą inspiracją dla opisu drugiego piętra Wieży Chwały, a także kilku innych rzeczy, które zapisałam sobie w moim pliku "Informacje do Dies Ater" i które, być może, zostaną wykorzystane w późniejszym czasie.
Po trzecie chciałam zaznaczyć, że dokładne daty urodzin bohaterów kanonicznych zmyśliłam. Te, które zostały precyzyjnie podane przez Rowling (w kanonie lub poza nim) zostawiłam w spokoju, ale tych jest niewiele - data urodzin Harry'ego, Rona i Hermiony, bliźniaków Weasley... i to chyba wszystko. Cała reszta jest kwestią matematyki lub niepełnych i nie zawsze jasnych informacji Jołaśki. Tak czy inaczej, daty w latach są z reguły prawdziwe, bo wzięte z
Leksykonu HP, a on się nie myli. Jedynymi odstępstwami od Leksykonu jest data urodzin Jamesa, Lily i Remusa. Leksykon podaje, że James i Lily prawdopodobnie urodzili się w 1958 lub 1959 roku, u mnie w 1960. Remus, analogicznie, rok wcześniej. Ach, no i data urodzin Katie Bell - Leksykon podaje rok 1978, ale, jak wiadomo, trzeba mieć
skończone jedenaście lat, żeby pójść do Hogwartu (dlatego np. Hermiona jest od Harry;ego rok starsza - urodziła się 19 września 1979 roku, a więc prawie jedenaście miesięcy wcześniej, niż Harry). Dlatego u mnie Katie urodziła się w roku '77, a chodzi z rocznikiem '78, bo urodziła się po rozpoczęciu roku szkolnego.
Innymi słowy, nie kierujcie się moim datowaniem. Lepiej (i bezpieczniej) sprawdzić w Leksykonie.
Po czwarte zastanawiam się, czy nie byłoby niegłupią rzeczą opublikowanie mojego notatnika do Dies Ater. Przy tak długim opowiadaniu pewne rzeczy po prostu trzeba zapisać, bo umykają. Tak jak dziś - znalazłam błąd logiczny we własnym opowiadaniu! Przy pierwszym spotkaniu Lily z Cassią Krukonka jest opisana jako blondynka, ale później już cały czas występuje jako szatynka! Z pewnością musiałabym ów notatnik uporządkować, wyrzucić z niego spoilery i trochę pouzupełniać, a to trochę pracy, ale może warto? Co o tym sądzicie? Jeśli to zrobię, to tylko dla Was - czytelników. Żeby łatwiej było się połapać (co, jak mam nadzieję, nie jest takie najtrudniejsze...).
A po piąte i ostatnie raz jeszcze proszę o komentarze. I dużo konstruktywnej krytyki. Nie martwcie się, nie obrażę się, jak mi powytykacie błędy. Wręcz przeciwnie. Wytykajcie. Będę zachwycona. Ja już taki stwór jestem dziwny, że lubię się udoskonalać. A konstruktywna krytyka działa cuda. Wiem, przeżyłam to na własnej skórze. Nie chcielibyście widzieć mojego debiutu. Na całe szczęście niewiele osób teraz o nim pamięta (mam nadzieję^^'). Tak czy inaczej, proszę o komentarze. Ślicznie proszę.
A prawda jest taka, że jestem cholernie dumna z tej części.
Napisała Chauve-Souris dnia wtorek, 29 maja 2007 o godzinie 19:49:54komentarze [9]